Pewnie pamiętacie jak to znalazłem się o włos od śmierci głodowej kiedy Iza wyjechała na kilka dni do Rzymu, prawda? Największym moim problemem okazała się wówczas totalna awersja do wszelkiej maści sprzętów kuchennych. Jeśli miałem coś ugotować i wymagało to ode mnie użycia choćby dwóch elementów wyposażenia kuchni (z których identyfikacją mam nawiasem mówiąc spory problem), to mój początkowy entuzjazm ulatniał się równie szybko co ochota na kupno nowego zegarka po zobaczeniu tabliczki z ceną.

Po prostu nie chciało mi się tracić w kuchni miesiąca życia i mordować się z tymi wszystkimi garnkami, łyżkami, mikserami i całą resztą badziewia, które są niezbędne, żeby z czegoś co jeszcze niedawno biegało po lesie zrobić kotleta w panierce. Zawsze kończyło się tym, że jadłem chleb z ketchupem bo tak było prościej.

I bezpieczniej – bo szczerze mówiąc danie mi ostrego noża jest posunięciem równie rozsądnym co wręczenie odbezpieczonego granatu dziecku z padaczką.

Owszem – pewnie dałbym radę wrzucić zawartość lodówki do garnka, a potem to wszystko razem zmiksować i podgrzać, ale żebym odważył się to potem zjeść, musiałbym najpierw znaleźć się w sytuacji, w której wcześniej odgryzłbym sobie z głodu lewą nogę i zaczął na poważnie rozważać opcję zjedzenia własnych butów.

Podejrzewam zresztą, że miałyby one większą wartość odżywczą niż coś co udałoby mi się ugotować.

Że o walorach smakowych nie wspomnę.

Niedawno nastąpił jednak swego rodzaju przełom. Jak wiecie od mniej więcej dziewięciu miesięcy sporo czasu poświęcam na kreatywne przerzucanie złomu na domowym poddaszu. W związku z tym, że w zeszłym tygodniu dość mocno przebudowałem mój program treningowy (a w zasadzie to dopiero teraz go stworzyłem) i rozpisałem go na drzwiach siłowni, które po niewielkim tuningu pełnią funkcję szkolnej tablicy:

Skoro już tak sumiennie zabrałem się za układanie planu treningowego, postanowiłem pójść za ciosem i zabrałem się od razu za uporządkowanie jadłospisu, który do tej pory przypominał po prostu zawartość pierwszego lepszego osiedlowego śmietnika.

Słowo dieta wywołuje u mnie panikę dlatego postanowiłem sam siebie zrobić w bambuko i nazwałem ten zamach na moje życie „świadomym żywieniem” – jeszcze nie zorientowałem się, że to oszustwo (z natury ciemaki jestem) więc póki co jest dobrze.

Świadome żywienie polega w skrócie na wyeliminowaniu z jadłospisu pewnych składników, które wedle wielu mądrych książek są szkodliwe i wpływają negatywnie na mój wygląd i samopoczucie. Prościej mówiąc polega na wywaleniu ponad 90% rzeczy z lodówki i zastąpieniu ich tym, co do tej pory w mojej ocenie na sklepowych półkach pełniło wyłącznie funkcję budowania efektu wolnorynkowego dobrobytu.

Żadnych słodyczy.

Precz z białym pieczywem.

Won ze słodzonymi napojami i sokami.

Wynocha z nafaszerowanymi cukrem jogurtami.

Do tego ekskomunika dla fast foodów i banicja dla tłustych mięs i rafinowanych olejów (biodiesla też).

Teraz tak – obecnie ważę około 89 kilogramów przy równych 180 centymetrach wzrostu. Ze wskaźnika BMI jednoznacznie wynika, że jestem za niski – muszę nad tym popracować (od dziś będę jadł makaron wzdłuż, a nie wszerz).

W internecie bardzo mądrzy ludzie napisali również, że moje dzienne zapotrzebowanie kaloryczne wynosi około 2500 kcal (kilokalorie to takie małe stworzonka co mieszkają w szafie i potajemnie zaszywają nam w nocy ubrania).

Dla porównania – Big Mac i średnie frytki to jakieś 900 tych stworzonek. Moje dzienne zapotrzebowanie energetyczne to zatem 3 Big-Maki i duże frytki. Problemem jest jednak to, z czego te stworzonka są zbudowane. Aby moje ciało nadal rozwijało się w tę dobrą, znaną z przepełnionych wybuchami i półnagimi modelkami filmów akcji stronę, konieczne jest dostarczenie mu sporych ilości białka, zdrowych węglowodanów i tłuszczy.

To nic trudnego pod warunkiem, że jest się zającem.

Owszem – mam dziwny zgryz i miejscami jestem trochę owłosiony, ale mimo wszystko do przeżycia potrzebne mi jest coś więcej niż marchewka i orzechy.

I teraz się skupcie bo będą wyznania jak u Ewy Drzyzgi – uczę się gotować. I zgadza się – jeśli za kilka dni przeczytacie na onecie o śmierci pewnej rodziny z południa Polski, która kopnęła w kalendarz na skutek toksycznego zatrucia jakimiś nieznanymi ludzkości substancjami, to znaczy, że robiłem kurczaka po tajsku.

Wracając jednak do samych treningów – przez cały ten czas ćwiczyłem bez jakiegoś odgórnego planu i to wyłącznie w warunkach domowych. Nie miałem wiedzy ani niezwykle cennego doświadczenia. Nie stosowałem żadnej diety, nie przejmowałem się ogólnie znanymi zasadami treningu. Obciążenia zwiększałem sporadycznie, mieszałem ilościami powtórzeń i serii ćwiczeń. Zmieniałem też same ćwiczenia, przeplatałem trening na budowę mięśni z bieganiem i interwałami – generalnie wszystko robiłem nie tak.

Wszystko robiłem sam.

Nie miałem trenerów krzyczących „jeszcze jedna seria śmierdzielu!” ani półnagich, spoconych dziewczyn w obcisłych strojach pumy, przez które trzeba wrzucić na gryf cztery krążki więcej co by nie wyjść na leszcza.

Moje tempo, moje warunki.

I małe zwycięstwa nad tym leniwym, wiecznie głodnym gnojem, który mieszka w mojej głowie.

Po tych dziewięciu miesiącach wydawało się, że niewiele się zmieniło. Kiedy jednak zrobiłem aktualne zdjęcia sylwetki mające mi pomóc w monitorowaniu dalszych postępów i zestawiłem je z fotkami z ubiegłorocznych wakacji, okazało się, że zmieniło się wiele.

Bardzo wiele.

W swoim stosunkowo krótkim życiu nauczyłem się naprawdę wielu pożytecznych z mojego punktu widzenia rzeczy. Jednych pod przymusem, innych zupełnie przypadkiem, jeszcze innych wyłącznie z własnej, nieprzymuszonej woli popartej klarowną motywacją. Ostatnimi czasy zgłębiam na przykład biografie wybitnych naukowców – psując coś w garażu zamiast Britney słucham sobie audycji „Drogami ludzi myślących”. Podczas treningów z kolei wsłuchuję się w audiobooki o tematyce psychologicznej (będę próbował przekonać sąsiada do pozbycia się matiza za pomocą hipnotyzujących ruchów brwi).

Teraz chcę nauczyć się również trochę o kuchni i dlatego podczas ostatniej wizyty w biedronce kupiłem sobie sporo zdrowej żywności:

Dziś pierwsze próby moich kulinarnych talentów – jeśli będzie okej to nie omieszkam pochwalić się efektami. Co więcej – jeśli jakimś cudem podczas pierwszej operacji kuchennej nie odetnę sobie wszystkich palców, a ludzie w śmiesznych skafandrach nie zamkną mnie i mojej patelni w hermetycznej, przeszklonej izolatce będę chciał stworzyć na prentkim nową kategorię związaną właśnie z przepisami dla kogoś, kto niespecjalnie potrafi gotować, a chciałby jeść bardziej świadomie i zdrowo.

Strzeżcie się.

Mam patelnię i nie zawaham się jej użyć.