Kiedyś miałem w samochodzie radio, które potrafiło wyłapać całe trzy stacje i to tylko wtedy, kiedy akurat nie wiał wiatr. W pozostałych przypadkach jego działanie przypominało trochę radziecki nadajnik krótkiego zasięgu trafiony odłamkiem z moździerza.

Zaryzykował bym stwierdzenie, że bardziej nadawało się ono do strzyżenia owiec niż do słuchania muzyki.

Uwielbiam muzykę. Naprawdę nie lubię ciszy i każdy moment bez sączących się gdzieś w tle dźwięków jest dla mnie katorgą. A że zawsze sporo czasu spędzałem za kierownicą to chciałem aby muzyka towarzyszyła mi również w samochodzie. Nie było mnie stać na „normalne” radio. Oj nie… Szczytem marzeń był ten czarny kaseciak z niebieską kropeczką na panelu, który wytargałem kiedyś z wydachowanego kadetta na jednym z podmiejskich szrotów.

Zdecydowanie najlepsze lata miał on już dawno za sobą, ale mimo wszystko od czasu do czasu zdarzało się mu zagrać czysto jakąś piosenkę. Był niczym lokalny pijaczek z zespołu „festynowego”, który przez większość czasu nie robił nic poza wyglądaniem jak siedem nieszczęść i śmierdzeniem starym piwem.

Ale kiedy miał „ten dzień”, chwytał gitarę i swoim chrapliwym głosem ściągał majtki wszystkim kobietom w okolicy.

A teraz kupując w salonie samochód z fabrycznym nagłośnieniem dostajesz do dyspozycji radio o mocy małego reaktora atomowego i ilości kabli mogącej zaopatrzyć średniej wielkości samolot pasażerski. Możesz delektować się kryształowym dźwiękiem, bajeranckim wyświetlaczem i zasięgiem FM wyłapującym nawet radiostację w szałasie rebeliantów gdzieś pod palmą w Kolumbii.

To już nie te czasy, kiedy przycisk autorewers był uważany za przejaw burżujstwa.

Ten stary blaupunkt pożerał kasety jak przygruby labrador pozostawione bez opieki kapcie. Dlatego nadawał się jedynie do słuchania rozgłośni radiowych – i to tylko tych największych, których nadajniki były na tyle duże, aby jakimś cudem ich nie przeoczył. Wyrobił mi się przy nim nawyk słuchania Radia Zet, RMF i wówczas świętej pamięci już Delty. Nie było innych opcji.

Ale kiedy poruszało się kablem od anteny radio było w stanie nasłuchiwać niemieckie u-boty.

W każdym bądź razie to już przeszłość.

Nie wiem co się właściwie wydarzyło, ale od jakiegoś czasu nie mogę włączyć radia, aby nie trafić na informację, że strefy intymne powinienem myć żelem o zapachu migdałów.

To jest przerażające.

Chcesz sobie po prostu posłuchać muzyki, a czujesz się jakbyś siedział na spotkaniu dotyczącym prezentacji leczniczych poduszek ze skóry wielbłąda. Dbając o swoje zdrowie psychiczne odruchowo robisz „pstryk” i słyszysz reklamę hyundaia, w której jakiś gość próbuje Cię przekonać, że tym razem od trzaśnięcia drzwiami nie odpadną Ci kółka, tak jak stało się to w zeszłym tygodniu.

Robisz kolejne „pstryk” i trafiasz na kobietę, która zgaduje ile włosów łonowych ma na plecach Piotr Rubik… Po czym za dobrą odpowiedź wygrywa darmową pizzę w knajpie znajdującej się 5 tysięcy kilometrów od jej domu – gdzieś na rubieżach Alaski.

Z narastającą frustracją kolejny raz robisz „pstryk” (o ile wcześniej z powodu skupienia się na radiu nie wjechałeś w tyłek tego punto przed Tobą) i słyszysz rozlegającą się muzykę. Robisz głęboki wydech i z ulgą odprężasz się w fotelu po czym zauważasz, że to tylko dżingiel zapowiadający kolejną reklamę.

Jeśli jesteś urodzonym szczęściarzem, to masz szansę za trzecim razem trafić w jakiś „hit” Rhianny albo Lady Gagi.

Chociaż patrząc obiektywnie można się zastanawiać, czy reklama tego płynu do jajek nie byłaby jednak lepszym wyborem…

Nie wiem czy komercja i chęć zysku posunęły się tak daleko, czy to może ja gdzieś się w tym wszystkim zgubiłem. Od przynajmniej pół roku nie miałem okazji usłyszeć w radiu normalnej muzyki.

Albo słyszę nieustanne bloki reklamowe, albo wywiady z ludźmi, których życie prywatne interesuje mnie równie bardzo co informacja, czy mięso w pobliskim kebabie pochodzi z ekologicznego chowu.

Najlepszym kawałkiem, który ostatnio słyszałem było chyba „driving home for christmas”, który grali przed wigilią po 5 razy na godzinę. Zaryzykuję stwierdzenie, że tego się nie dało nie słyszeć. To jakby mieszkać w Polsce i przed świętami nie widzieć Kevina, albo ciężarówki Coca-Coli.

Pozostały czas to jakieś odświeżone profanacje przebojów Coolio czy Deep Purple nagrywane przez idiotów, którzy podobnie jak Chińczycy z TATA motors nie są w stanie wymyślić czegoś normalnego.

Od jakiegoś czasu mam w schowku komplet nagranych płyt CD z mieszankami utworów z mojej kolekcji i generalnie ratuje mi on tyłek. Zawsze mogę sobie włączyć Lucjana P, Josha Grobana albo nieśmiertelnego Pachelbela – niektórzy jednak nie mają tyle szczęścia.

Pomyślcie o tym pokoleniu ludzi, którzy wychowywali się na telewizorach z pokrętłem, dla których przełączenie w radiu funkcji z TUNER na CD przypomina operację stabilizacji teleskopu Hubble’a

Jak tak dalej pójdzie to chcąc spuścić wodę w publicznej toalecie będzie trzeba najpierw odsłuchać blok reklamowy sponsorowany przez producenta papieru toaletowego i wielorazowej szczotki z antybakteryjnym uchwytem.

Już dziś powiedz nie komercji – wyraź swój protest i umyj jajka płynem do naczyń.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *