Wyobraź sobie, że unosisz się w powietrzu jak gdybyś przebywał na statku kosmicznym i doświadczył stanu nieważkości.

Przedmioty wokół przemieszczają się ospale niczym trącone w próżni.

Wszystko odbywa się bardzo powoli, tak że możesz skupić się na najmniejszych detalach. Duży napój z McDonalda przepływa powoli przed Twoimi oczami, a Ty próbujesz palcem dotknąć fruwających wokół niego kropelek… Połyskują w słońcu… Tańczą niczym setki małych duszków rozpraszając się i odlatując w różnych kierunkach.

Obracasz się płynnie i czujesz to wspaniałe uczucie jak na huśtawce, gdy znajdujesz się w powietrzu i nie polecisz już wyżej, a grawitacja jeszcze nie zdążyła zorientować się, że jej uciekasz i złapać Cię za nogi.

Czujesz się wolny… Absolutnie wolny.

A potem samochód roluje drugi raz i słupek drzwiowy ucina Ci głowę.

Dlatego naprawdę warto zapinać pasy.

Kiedyś uważałem, że pasy bezpieczeństwa są dobre dla cieniasów. Kiedy miałem jechać z zapiętym pasem czułem się jakbym na prawym fotelu woził swoją uśmiechniętą babcię w różowym sweterku. Jak pospolita ciota. A do tego nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że wszyscy na mnie patrzą i podśmiewają się pod nosem.

To był okres, kiedy sam fakt posiadania prawa jazdy i własnego samochodu sprawiał, że na osiedlu miało się +5 do respektu, 2 do zręczności i 3 punkty do pancerza.

Każdy chciał być postrzegany jak kozak i mistrz kierownicy, a zapięte pasy zdecydowanie do tego obrazu nie pasowały. Przez naprawdę długi okres w ogóle nie zapinałem pasów uważając to za zbędną fanaberię. Wydawało mi się, że w razie jakiegoś wypadku po prostu zaprę się mocno o kierownicę i wszystko będzie ok.

Ale nie będzie.

Pierwszy raz znaczenie pasów doceniłem podczas gwałtownego odbicia po zbyt wcześnie założonej kontrze. To był czas tuż po odebraniu prawa jazdy – coś jak mi się wydawało, siedziałem bardzo pewnie to rzuciło mną o drzwi po lewej jak szmacianą lalką. Duża w tym zasługa tragicznie wyprofilowanych foteli, ale wtedy zrozumiałem jak wielką siłę potrafi mieć taka pospolita bezwładność.

Szczególnie warto zapinać pasy jeśli preferujecie dynamiczny styl jazdy, który – jak nietrudno się domyślić powoduje wyższe ryzyko, że coś może się najzwyczajniej nie udać. Bezpieczna jazda to mit. Za kierownicą nie ma supermanów i nawet tacy „mistrzowie” jak choćby super modny ostatnimi czasy Ken Block najzwyczajniej w świecie mogą podczas wycieczki do sklepu po bułki wpaść na przydrożne drzewo. To jest normalny świat, a nie gra komputerowa, w której przycisk ‚restart’ rozwiązuje wszystkie problemy.

Co więcej może być i tak, że to ktoś wjedzie w Was, a Wy będziecie mieć na to wpływ równie duży co obywatele na wyniki wyborów na Białorusi.

Teoretycznie powinienem teraz napisać, że do zapinania pasów przekonały mnie kwestie bezpieczeństwa, albo jakaś beznadziejnie przygotowana kampania społeczna wyświetlana w czwartoligowej telewizji. Nie będę jednak ściemniał, że od zawsze byłem wzorowym kierowcą i takie tam bo z resztą i tak nikt by w takie pierdoły nie uwierzył.

W wyrobieniu nawyku zapinania pasów pomógł mi na pewno mój stary kabriolet – był po prostu tak charakterystyczny, że od razu ściągał na mnie uwagę wszelkich policyjnych partoli w okolicy.

Ten escort to chyba jedyny samochód, który jest widoczny z kosmosu.

Należy on również do grupy samochodów „tjuningowanych”, a kiedy na dokładkę prowadziłem go ja – wówczas jeszcze bardzo młody gość o debilnym uśmiechu to oczywistym było, że wypada się uważniej przyjrzeć, czy aby na pewno wszystko jest w nim zgodne z przepisami, a w bagażniku nie ma jakiegoś wora z marichuaną, czy wiaderka amfetaminy.

Po jakimś czasie wyrobił się u mnie nawyk zapinania pasów, na który w zasadzie nie zwracam już uwagi. Robię to automatycznie i czuję się wręcz nieswojo kiedy nie czuję ucisku na klatce piersiowej.

I coraz bardziej narasta we mnie świadomość, że ten kawałek czarnej taśmy może mi pewnego dnia uratować życie.

Teraz chcę pójść krok dalej i zamontować do obu samochodów pasy czteropunktowe, ale o tym już kiedy indziej.

Zapinajcie się.

Naprawdę szkoda byłoby stracić życie przez głupie opory, albo zwyczajne niedbalstwo.

6 Komentarzy

  1. Erwin1981 2 października 2014 o 09:20

    Też zawsze zapinam pasy. Mam to już we krwi. Kolejność jest taka:

    -wsiadam, przekręcam kluczyk i w tym czasie kiedy uruchamia się pompa paliwa i zaczynają gasnąć kontrolki, zapinam się – czyli stuprocentowe wykorzystanie czasu :) potem kontrola luzu na srzyni i odpalam silnik, trzymając prawą stopą hamulec. Tutaj mam pytanie do Ciebie Tommy – czy Ty jak odpalasz pojazd, powiedzmy "bordową", wciskasz też sprzęgło? Od wielu osób słyszałem, że tak robią. Ja tak nie mam. A może powinienem sobie wyrobić ten nawyk? W czymś to pomaga to "trzymanie" sprzęgła? Zdarzyło mi się jeździć kilka razy nowymi autami (Ford Monedo, Ford Focus) i tutaj jest tak, że jak sprzęgła nie "wbijesz", to auta nie odpalisz.

    Odpowiedz
    1. zyga 8 października 2014 o 08:05

      Proponuję porównać tempo kręcenia silnika rozrusznikiem w zimie ze sprzęgłem i bez. różnica kolosalna. Zwłaszcza w starszych konstrukcjach.

      Odpowiedz
  2. Sławek 3 października 2014 o 11:11

    @Erwin, 

    W teori pomaga, bo odpinasz skrzynie biegów przy rozruchu więc są nieco mniejsze opory, tyle że to w praktyce nie ma znaczenia.

    Ma natomiast znaczenie w tym sensie, że jak kiedyś niedokładnie sprawdzisz dźwignie biegów albo o tym zapomnisz, to odruch trzymania sprzęgła może cię uratować przed przywaleniem w śmietnik albo najechaniem na jakiegoś pieska :) Także generalnie raczej trzymanie sprzęgła i hamulca przy rozruchu to dobry zwyczaj.

     

    Odpowiedz
    1. Brzydki 4 października 2014 o 15:39

      Zwyczaj jak najbardziej dobry, ale mimo wszystko uważam, że wspomniany wyżej patent powszechny w nowych samochodach (czyli konieczność wciśnięcia sprzęgła, bo bez tego silnik nie zakręci) to jakaś pomyłka.

      Są sytuacje, w których w razie awarii silnika przetoczenie się kawałek na rozruszniku może nas uratować przed wypadkiem. Ot, choćby żeby przesunąć się szybko na pobocze/pas awaryjny drogi szybkiego ruchu, zjechać z torów, gdy rozkraczymy się na środku przejazdu kolejowego albo opuścić ruchliwe skrzyżowanie (o ile wystarczy podtoczyć się tylko do przodu, bo wiadomo, że na bardziej skomplikowane manerwy szans nie ma). Wiadomo, jeżeli dbamy o swoje auto, to prawdopodobieństwo zaistnienia takiej nagłej awarii wynosi mniej więcej 0.00001%, ale mimo wszystko warto mieć taką możliwość, tak na wszelki wypadek.

      A co do pasów, to ja zapinam zawsze i niezależnie od miejsca zajmowanego w aucie, odkąd w wieku 9 lat zostałem przy stosunkowo niewielkiej kolizji katapultowany z miejsca pasażera i zaryłem głową w przedni słupek. Na szczęście skończyło się tylko na strachu i potężnym guzie, ale wolę nie myśleć, co by było, gdybyśmy jechali wtedy szybciej. ;)

      Odpowiedz
  3. Motocentrum 14 października 2014 o 12:54

    Sposób w jaki opisany został wypadek jest świetny… Nic tak dobrze nie wchodzi w głowe jak gra na uczuciach :)

    Odpowiedz
  4. Dariusz 13 stycznia 2015 o 20:52

    Mi zapinanie pasów po prostu weszło w nawyk i robię to niezależnie od długości i znajomości trasy jaką mam do pokonania. Trzeba pamiętać, że nawet jeśli sami jesteśmy dobrymi kierowcami to i tak ktoś inny może spowodować dla nas zagrożenie na drodze, a wtedy pasy się przydają.

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.