Na początek muszę się pochwalić – po mniej więcej trzech latach prowadzenia bloga nauczyłem się dodawać zdjęcia tak, by po kliknięciu otwierały się w większej rozdzielczości. Iza nadal nie wierzy, że wpadłem na to sam (raz próbowałem nastawiać pranie kręcąc pokrętłem na piecyku łazienkowym) ale niezależnie od tego od niedawna możecie za sprawą jednego kliknięcia oglądać moje dwie lewe ręce w jakości HD.

A teraz już do rzeczy.

Kolejna partia informacji o pomarańczowym maluchu, którego od jakiegoś czasu buduję dla mieszkającej w Monachium Gosi. Kilka dni temu dotarły do mnie ostatnie zamówione blachy, tak więc na ten moment mam już najprawdopodobniej wszystko co jest mi potrzebne do odbudowy (nastawiam się jeszcze na nowe mocowania tylnych odbojów wahacza ale je zamówię dopiero kiedy skończę zabawę z zewnętrznymi elementami blacharki i podłogą).

I teraz tak – ponieważ, jak zapewne wiecie bardzo nie lubię robić czegoś na pół gwizdka, rutynowa wymiana progów i kilku łat zamieniła się w „prentką” odbudowę połowy nadwozia. Zacząłem od oczyszczenia skorodowanych miejsc za pomocą ściernicy listkowej, tak żeby móc zobaczyć co zostanie mi po zdarciu wszystkich luźnych elementów. W ten sposób oczyściłem przednie nadkole:

A następnie, po rozwierceniu zgrzewów zrzuciłem uszkodzone fragmenty podłogi i próg zewnętrzny:

Pod spodem czekała na mnie cała masa rdzy i kolejna jednorazowa niespodzianka. Tym razem 2x worek na śmieci, 1x folia malarska i dwie reklamówki z Auchan):

Tak czy inaczej muszę przyznać, że rdzy było mniej niż początkowo zakładałem (a przynajmniej nie sięgała tak daleko jak sądziłem, że będzie sięgała). I teraz tak – ponieważ zdejmując próg zdołałem rozciąć sobie ręce na absolutnie każdej ostrej krawędzi blachy jaką tylko byłem w stanie znaleźć, dość szybko postanowiłem zaopatrzyć się w nowe rękawice i lekkie okulary. Padło jak zwykle na NEO bo nie dość, że lubię i ufam to jeszcze pasują mi do lakieru.

Gogle, których dotąd używałem ważyły jakieś pięć kilo i miały powierzchnię zbliżoną do Sosnowca – podczas wycinania blachy wyglądałem jak płetwonurek głębinowy, a z powodu powypalanych w szkłach dziur i wżerów widziałem niewiele więcej niż gdybym osłaniał twarz kawałkiem deski.

Kolejnego dnia zabrałem się za demontaż progu wewnętrznego:

Tym samym moja przydomowa kupka złomu zaczęła rozrastać się do takich rozmiarów, że widząc przechadzających się ulicą kolekcjonerów metali kolorowych zaczynam dość poważnie obawiać się z ich strony rozboju z użyciem niebezpiecznego narzędzia (śmierdzącej pachy czy coś w ten deseń):

Próg zewnętrzny z kolei wyglądał tak:

Tadeusz stwierdził, że go odratuje, a potem wystawi go na allegro za dwie stówy. Dałem mu farbę – niech ma.

Z tego co wiem za pierwszym razem zamiast progu wyszła mu meblościanka, ale chłopak się nie poddaje.

W czasie kiedy Tadeusz składał próg za pomocą kleju kupionego w pobliskim sklepie modelarskim, ja zabrałem się za lakierowanie epoksydem nowo zakupionej podłogi, progów wewnętrznych i tylnych nadkoli. Tutaj przykład dlaczego nawet nowe blachy należy przed lakierowaniem porządnie wyczyścić i odtłuścić:

W większości wypadków są one spryskiwane olejem tak, żeby wytrzymały bez zabezpieczenia do czasu, aż jakiś zapalony blacharz-sadomasochista przytarga je do swojego garażu – położenie na to podkładu bez uprzedniego odtłuszczenia i zmatowienia powierzchni to zbrodnia przeciwko ludzkości.

(w tle widać jak wyraźnie zniesmaczony ilością poświęcanej Fiacikowi uwagi Ford strzela klasycznego bad-focha).

I teraz tak – po zdjęciu progu zastałem mniej więcej taki widok:

Wzmocnienie w proszku, dolna krawędź mocowania progu w stanie agonalnym, a kiedy było się naprawdę cicho, dało się słyszeć jak rdza wpierdziela mocowanie lewarka. Szybka decyzja – wycinam wszystko. A więc znów rozwiercanie zgrzewów, oddzielanie blach i czyszczenie wszystkich powierzchni z ostatnich nalotów rdzy (miejsca, w których po oszlifowaniu zostały jakiekolwiek wżery i pozostałości rdzy zostały zabezpieczone 2 warstwami odrdzewiacza + podkład):

Następnie przygotowanie nowego mocowania lewarka:

Potem szybka kawa z opiłkami po wierceniu otworów na spawy:

Spawanie:

Wycinanie skorodowanego mocowania wzmocnienia:

Dorabianie nowego mocowania i brakującego elementu wzmocnienia (i bez imadła człowiek jest sobie w stanie poradzić):


I zamknięcie:

Następnie przeniosłem się na tył samochodu i zająłem się tylną częśćią błotnika. Ten fragment jest trochę skomplikowany bo po łuku schodzi się tam kilka elementów ale postanowiłem wyciąć wszystko i odtworzyć całość z nowej blachy. Docelowo zostanie też wymienione całe nadkole zewnętrzne ale ponieważ wtedy nie miałem jeszcze błotnika (i co się z tym wiąże nie wiedziałem jak wysoko mogę go wyciąć) zostawiłem to na później.

Zabrałem się jednak za wycięcie całego dołu:

A następnie zastosowałem technikę, której nauczył mnie kiedyś mój tato – kawałek miękkiej tektury, cienki marker i odtwarzamy kształt wyciętego elementu:

Następnie przenosimy go na fragment nowej blachy, wycinamy i doginamy tak, żeby pokrył się idealnie z wyciętym wcześniej fragmentem:

Następnie punktujemy i bierzemy się za przygotowanie kolejnych elementów (fragment jest zrobiony ze sporą zakładką z dołu i po prawej ale przyda mi się ona do formowania kołnierzy kiedy już przymierzę nowe nadkole i fragmenty pozostałych blach – dopiero na końcu odetnę nadmiar blachy:

I co równie ważne – spawam na sztywno dopiero po dopasowaniu całości bo w międzyczasie może się okazać, że będę musiał poprawić trochę położenie elementu.

Na dziś to chyba tyle – na nowym błotniku schnie podkład epoksydowy, jutro chciałbym zamknąć tylną część nadkola i zdjąć błotnik i nadkole wewnętrzne. Potem zostanie mi już tylko zabezpieczenie całości epoksydem i zamknięcie nowym nadkolem i progiem zewnętrznym – tym samym lewą stronę będę miał gotową.

Z prawą powinno pójść mi znacznie prościej bo wiem już gdzie szukać zgrzewów i jak właściwie zabrać się za wymianę poszczególnych elementów.

Kolejne wieści już wkrótce.

Pozdrawiam,

Tommy

14 Komentarzy

  1. Bebok 7 lipca 2014 o 13:30

    Szacun za jakość fotek, odbudowy i czasu!
    Takie robienie na raty żeby porobić w międzyczasie fotki też musi być bardzoi wkurzające :D

    Ale w całoście wygląda to na 5+! Typowe This is ho we do it!

     

    1. Tommy 7 lipca 2014 o 13:45

      Takie krótkie przerwy na napicie się kawy i zrobienie kilku zdjęć pozwalają trochę rozjaśnić umysł – owszem, przez to praca trwa dłużej ale nie dość, że masz chwilę, żeby odetchnąć i spojrzeć na to co robisz z nieco innej perspektywy to jeszcze rozprostujesz trochę mięśnie ;}

      Ocenisz, zastanowisz się nad kolejnymi krokami i tak dalej – to na serio pomaga.

      Poza tym uwielbiam takie garażowe porno (określenie "rozbierane zdjęcia" nabiera tu nowego znaczenia).

      1. bebok 7 lipca 2014 o 16:20

        Po raz kolejny sorry za byki. Czy wspominalem juz jak tragiczny jest ten box do wpisywania komentarzy, kiedy korzystamy z telefonu :-P

         

        A tak w drugim podejsciu i przegladaniu, jak widze te reklamowki, to nie wiem co myslec. Co wlasciciel mial w glowie w czasie takiego serwisu? :-D chyba glowe mial tak samo wypchana ^_^

        1. Toldi 7 lipca 2014 o 21:31

          co do wpisów komentarzy itp. Tommy mógłbyś pomyśleć nad zmianą jednej rzeczy. Na niektórych serwisach jest tak że jak wchodzisz w okienko podawania adresu e-mail to klawiatura smartfonów przechodzi w tryb wpisywania takowych, wiesz z dostępnym znakiem @, .pl, .com itp. na przedzie. mogę Ci to przy okazji pokazać, bo nie wiem czy to dobrze tłumacze.

  2. Szczypior 7 lipca 2014 o 23:19

    Ja dochodzę do wniosku, że jestem garażowym imbecylem. Wymiana klocków na jednej osi to dla mnie 4h, dzisiaj wymieniałem termostat, paski i płyn chłodniczy od 17 do 22. Gdybym dostał takiego maluszka do roboty (licząc już z narzędziami, co by nie było opóźnień, które w tym momencie są częste) skończyłbym go gdzieś w 2588 roku i to w sylwestra najwcześniej, a rdza zdążyłaby zjeść wszystko czego bym nie wymienił.

  3. Tommy 8 lipca 2014 o 07:22

    Tak naprawdę to co jest na zdjęciach dałoby się spokojnie zrobić w 1, maksymalnie 2 dni. Sporo czasu tracę na wspomniane zdjęcia i spokojne rozkminianie pracy (wolę się kilka razy zastanowić niż wyciąć coś i dojść do wniosku, że wyciąłem za głeboko albo mogłem wyciąć inaczej).

    Poza tym równolegle pracuję nad ogródkiem, wykańczam cabrio, piszę i męczę rozbudowany plan treningowy, który codziennie pożera mi z życiorysu sporo czasu i kalorii. Staram się też poświęcać trochę czasu Izie i od czasu do czasu trochę się od tego wszystkiego oderwać (pobiegać czy coś) – jak na moje możliwości tempo prac nie jest więc jeszcze takie dramatyczne ;}

  4. jonas 8 lipca 2014 o 08:57

    Szacun za ilość włożonej pracy oraz przelaną krew z pociętych kończyn.
    Tylko zastanawiam się czasami, z czego oni robili te blachy, ze zmielonych Opli i Mercedesów? Horror szoł normalnie, miałem nastoletnie Seicento które wyglądało dużo lepiej pod spodem. No ale to w ogóle było dobre żelazo.

    1. Tommy 8 lipca 2014 o 09:02

      Blacha na eleganty rozpadała się jeszcze zanim dotarła do fabryki więc ilość korozji mnie specjalnie nie zaskoczyła (z premedytacją jednak wybrałem eleganta ze względu na jego większą "przyjazność" dla kierowcy i trochę lepszych jakościowo rozwiązań). Na szczęście udało mi się zdobyć egzemplarz, w którym rdza szaleje sobie głównie po obrzeżach nadwozia – najważniejsze elementy (punkty mocowania zawieszenia, ściana grodziowa etc są zdrowe. Mam nadzieję, że po wymianie wszystkiego na nową, porządnie zabezpieczoną blachę maluszek pożyje bez większych ingerencji blacharskich przez kolejne 5-10 lat.

  5. maxx304 9 lipca 2014 o 07:42

    Świetna relacja, Tommy. Gratuluję postępów, no i jedź dalej, a za jakiś czas na drogi wróci całkem ciekawy, odratowany Maluch. Co jeszcze chciałbym podkreślić, to te wszystkie garażowe sztuczki na temat spawania, doginania blach itp – te wszystkie informacje są bardzo cenne, mam nadzieję, że będzie ich więcej przy tego typu relacjach. Mnie na pewno się przydadzą.

    1. Tommy 9 lipca 2014 o 07:52

      Staram się iść w tym kierunku (pracuję nad wpisami na temat otwierania fabrycznych zgrzewów blach i technik spawania) więc na dniach powinno pojawić się trochę bardziej „poradnikowych” wpisów ;}

  6. Vladimir 17 lutego 2015 o 20:05

    Mam pytanie. Jak nazywa się ten element który wstawiłeś koło podstawki pod podnośnik? Bo też mam dziurawy i nie mam pojęcia jak to szukać :D

    1. Tommy 19 lutego 2015 o 08:02

      Hej, ja znalazłem to w sklepie jako "wzmocnienie boczne progu" ale mam gdzieś jeszcze oryginalny worek z tego ustrojstwa więc postaram się wieczorem namierzyć i spisać Ci oznaczenia.

  7. Tomek Z. 8 sierpnia 2015 o 16:59

    Witam. Jestem dosłownie w niebo wzięty widząc to garażowe rozbierane porno. Sam jestem zainteresowany kupnem malucha po powrocie do kraju. Mam własnie w zamiarze przywrócenie jakiegoś do czasów jego świetności. Dzięki Tobie i tej relacji jestem w stanie powiedziec, że na bank za malucha sie wezme. Pozdrawiam.

    1. Tommy 10 sierpnia 2015 o 07:29

      Cieszę się, że tak Cię to zmotywowało – jeśli weźmiesz się za taki projekt to liczę na jakąś fotorelację ;)

      Cały ten pomarańczowy projekt ma swoją kategorię więc możesz śledzić postępy na bieżąco: http://prentki-blog.pl/category/fiat-126-2/

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *