Zacznę trochę jak ten łysiejący, noszący brązowe, wytarte sztruksy gość od Geografii ale musicie to wytrzymać – to konieczne jeśli macie w pełni zrozumieć to, co będę chciał Wam dzisiaj przekazać.

A zatem do dzieła.

Przede wszystkim nie wiem czy oglądacie programy z Morganem Freemanem, ale ostatnio dowiedziałem się z nich, że nasza galaktyka porusza się przez przestrzeń kosmiczną z prędkością ponad czterystu tysięcy kilometrów na godzinę. To takie wielkie frisby o średnicy ponad stu tysięcy lat świetlnych (jeśli Was to interesuje, w przeliczeniu na kilometry jest to w pizdu więcej niż rozpiętość terytorialna Sosnowca) przecina otchłanie kosmosu mknąc przez próżnię w kierunku zbliżającej się z naprzeciwka galaktyki Andromedy.

Pomyślcie jakie to epickie – nocą ta otchłań wydaje się być taka spokojna… Księżyc leniwie pnie się po nieboskłonie otoczony setkami pozornie nieruchomych gwiazd. Wszystko odbywa się w absolutnej ciszy. Co najwyżej w krzakach cyka jakiś świerszcz, a w oddali odbije się echem dźwięk pędzącego przez miasto motocykla.

Tymczasem kiedy uświadomicie sobie parę faktów, okazuje się, że cały ten zbiór jasnych punkcików to tak naprawdę nie żadna upstrzona diamentami senna kołderka, tylko krople na przedniej szybie kosmicznej, turbodoładowanej Corvette, która wpada właśnie z pełnym impetem zionąc ogniem w słynny zakręt numer 8 na torze Istanbul "Milky Way" Park.

Z naszej perspektywy wygląda to niepozornie, ale tak naprawdę siedzimy właśnie na dziobie galaktycznego myśliwca F16.

Idąc jednak dalej – gdzieś wśród czterystu miliardów gwiazd znajdujących się w naszej galaktyce jest i słońce, a wraz ze słońcem nasz malutki, cieplutki grajdołek, który znamy z niskobudżetowych filmów katastroficznych jako wiecznie zagrożony asteroidami układ słoneczny.

Mogłoby się wydawać, że tutaj będzie już spokojniej – w końcu, kiedy na Discovery oglądamy różne programy o kosmosie, Pluton przemieszcza się w nich zawsze w ślimaczym tempie wydając z siebie niskie przeciągłe buczenie mające lepiej zobrazować nam jego wielkość. Podobnie buczy Mars i Saturn. Kiedy jednak uświadomimy sobie, że na rubieżach naszego osiedla wiatr słoneczny z prędkością poddźwiękową mknie poza granice szoku końcowego, a sam układ porusza się w przestrzeni z prędkością ponad 220 kilometrów na sekundę dochodzimy do wniosku, że u nas wcale spokojniej nie jest.

Jeśli nie spaliście na geografii to pewnie wiecie, że wśród planet układu słonecznego znajduje się także i Ziemia (nie śmiejcie się – znam maturzystę z Geografii, dla którego to wcale nie jest tak oczywiste). W każdym bądź razie wedle wikipedii ta nasza mała, kochana Ziemia, która dała nam między innymi jęczmień i rudy aluminium do odlewu felg, porusza się po swojej orbicie z prędkością ponad stu tysięcy kilometrów na godzinę.

Żeby lepiej Wam to uświadomić powiem tylko, że kiedy czytaliście powyższy tekst pokonaliście już odległość jaka dzieli Hiszpanię i Nowy York.

Siedząc na wielkiej, wirującej piłce do tenisa.

Co więcej – żeby uświadomić sobie jak to się odnosi do całej galaktyki wyobraźcie sobie, że siedzicie na wirującej piłce znajdującej się na wielkiej, obracającej się karuzeli, która z kolei pędzi w koło, wciągnięta przez galaktyczne tornado, które z kolei porusza się na pace ogromnej ciężarówki, pędzącej z prędkością pół miliona kilometrów na godzinę wprost na zderzenie czołowe z inną ciężarówką o nazwie Andromeda.

To przytłaczające.

Człowiek uświadamia sobie, że wszechświat nie jest kupką zawieszonych w przestrzeni kamieni. To jedno wielkie tornado energii. Tsunami, bomba atomowa, trzęsienie ziemi, testosteron, PMS i Marcin Najman w jednym.

Kosmiczny festiwal prędkości o jakich nawet nam się nie śniło.

Wszystko jest w niesamowicie energicznym ruchu.

Wyobrażacie to sobie? Miliony gwiazd – niezliczone orbity, mknące komety i asteroidy pędzące przez nieznane tereny przestrzeni kosmicznej. Prące przed siebie galaktyki – miliardy galaktyk. Setki miliardów galaktyk zaiwaniających przez kosmos tak szybko, że liczby, które to oddają nawet nie mieszczą się w procesorach kieszonkowych kalkulatorów!

Wyjaśnijcie mi więc skąd właściwie urwała się jadąca przede mną Corsa, której właściciel najwyraźniej uznał, że jego to wszystko kompletnie nie dotyczy ?

Ja rozumiem, że niektórzy ludzie mają więcej czasu niż inni.

Tacy urzędnicy na przykład – większość dnia spędzają na parzeniu herbaty i wywieszaniu tabliczek o nieczynnym okienku. Dla zabicia czasu układają pasjansa, odrzucają wnioski o zasiłek albo robią sobie przy fotokopiarce poważne zdjęcia, które następnie wrzucają na fejsbuka z nadzieją, że znajomi wezmą ich przez to za prawników albo szanowanych managerów defraudujących ich pieniądze na dziwki i S-klasę.

A po pracy wcale nie mają lepiej – w domach czekają na nich ich żony, które poznali na szkoleniu z technik perswazyjnego zbywania petenta. Zabierają im one wypłatę, wysysają z nich energię, a każde ich zdanie kwitują zwrotem "acha, to fajnie".

A do tego zamykają okienko za każdym razem kiedy biedaków najdzie ochota na małe co nieco.

Efektem jest to, że taki człowiek ucieka rano od żony, której nienawidzi i udaje się do pracy, w której w ogóle nie chce się znaleźć.

Wynika z tego, że najlepszym co może go spotkać tego dnia jest czas spędzony za kierownicą granatowej corsy B z astmatycznym silnikiem ecotec, okrutnie szarą tapicerką i radiem ustawionym na audycję Janusza Weissa starającego się dowieść, że paragraf 16 ustęp 2 kodeksu pracy jest głupi. Dlatego też wydłuża ten czas maksymalnie jak tylko się da. Na każdych światłach zwleka z wrzuceniem jedynki. Przed każdym zakrętem zwalnia niemalże do zera, a na obwodnicy nie jedzie szybciej niż 35 kilometrów na godzinę.

No bo po co? Żeby szybciej znaleźć się tam gdzie wcale znaleźć się nie chce?

Co więcej – ponieważ spora część urzędów działa o podobnej godzinie jasnym staje się dlaczego miasto o godzinie 7:45 jest zatkane jak tętnice wieloletniego konesera margaryny.

Może wydaje Wam się, że przesadzam ale kiedy następnym razem będziecie wyprzedzać jakąś sunącą z prędkością lodowca corsę, zwróćcie proszę uwagę na minę kierowcy.

Jestem pewien, że zaczniecie się zastanawiać czy on w ogóle jeszcze żyje – jego twarz będzie miała bowiem kolor tylnej okładki bloku rysunkowego. Będzie siedział w fotelu z dłońmi zaciśniętymi książkowo na kierownicy, a strużka zimnej śliny będzie mu ściekać z kącika ust. Ślepo patrząc przed siebie będzie sunął prawym pasem niczym zombi. Przy tych ludziach nawet agent Smith wygląda na duszę towarzystwa.

Dla niektórych z nich najbardziej emocjonującym wydarzeniem dnia jest parkowanie tyłem.

Wracając jednak do samej prędkości – zauważcie co w przeciągu ostatnich lat wydarzyło się w dziedzinie elektroniki. Prędkość obliczeniowa z jaką działał mój pierwszy komputer dziś nie jest wystarczająca do uruchomienia gry z wybuchającymi gołębiami. W czasie, który jeszcze parę lat temu był potrzeby do obejrzenia w internecie zdjęcia gołej baby dziś można pobrać pełnometrażowy film przyrodniczy ukraińskiej produkcji.

Kiedyś zanim przeglądarka w ogóle wtarabaniła się z butami na onet, ja zdążyłem już zaparzyć sobie kawę i przeczytać dzisiejszą gazetę podczas porannego posiedzenia w mojej toalecie.

A samoloty? Od czasu kiedy bracia Wright po raz pierwszy oderwali się od ziemi doszliśmy do etapu, gdzie zwykłe samoloty pasażerskie poruszają się z prędkościami rzędu tysiąca kilometrów na godzinę.

Ludzkość zdobywa kosmos, transfer danych z jednego krańca świata na drugi zajmuje zaledwie kilka milisekund, a rakieta balistyczna będąca rozwinięciem rzucania we wroga kamieniami jest w stanie przemierzyć ocean w kilka minut. Wszystkie te wynalazki pchają nas naprzód – wyznaczają nowe horyzonty.

A jakim to kamieniem milowym może poszczycić się motoryzacja?

Jeśli założymy, że koncepcja silnika spalinowego wynaleziona w roku 1860 w zasadzie nie zmieniła się po dziś dzień (strata energii spalania nadal oscyluje wokół 60-75%) to jak na 150 lat badań i rozwoju sprawa wygląda raczej kiepsko. No chyba, że za przełomowe uznamy na przykład wynalezienie systemu ESP albo poduszek powietrznych – co mimo wszystko w porównaniu do chociażby zwiększenia prędkości lotu z 20 km/h do 21 000 km/h, jak miało to miejsce w przypadku samolotów, wypada raczej marnie.

No ale mamy przecież w motoryzacji nowoczesną technologię.

Na przykład fotoradary.

I odcinkowy pomiar prędkości.

Nie można też nie wspomnieć o epokowym odkryciu jakim bez wątpienia było wynalezienie progu zwalniającego – w końcu wyniosło to ludzkość na zupełnie nowy poziom ewolucji technologicznej i znacznie poprawiło naszą jakość życia.

Wybaczcie ale to głupie. Bugatti Type57 z lat trzydziestych ubiegłego wieku osiągało ponad 200 kilometrów na godzinę, a do setki przyspieszało w 10 sekund.

80 lat temu.

Wiecie ile to jest 80 lat? Kiedy ja będę miał 80 lat będę sikał w Pampresa i oglądał Familiadę, a nie biegał w maratonach bijąc na łeb wszystkich młodzików.

A z powodu nieudolności i głupoty naszych władz Bugatti Type57 to robi.

Dziś rząd zamiast wspierać projekty mające potroić to 200 km/h, z uporem buduje kolejne fotoradary i tylko czeka by obniżyć dopuszczalną prędkość maksymalną do czterdziestu kilometrów na godzinę. To przerażające bo dziś nawet mój pies biega szybciej niż ja mogę jeździć moim samochodem. A rząd twierdzi, że to wszystko dla dobra ludzi, których jadąc szybko możemy niechcący rozjechać. Wybaczcie, ale jeśli ktoś jest takim idiotą, że wbiega pod jadący ulicą samochód to jeśli nie zginie on od uderzenia zderzakiem jakiegoś volkswagena to pewnie opuści ziemski padół w jakiś inny idiotyczny sposób.

Najgłupsze osobniki są eliminowane – tak przecież działa matka natura, której tak ostatnimi laty wszyscy z takim zapałem próbują się przypodobać.

Poza tym, każdy kto ma mózg zdaje sobie sprawę, że po pełnym jeżdżących na rowerach dzieci osiedlu nie jeździ się z prędkością 150 kilometrów na godzinę. Znak z ograniczeniem prędkości ani fotoradar niczego tu nie zmieni bo to kwestia zwyczajnego myślenia. Idiota i tak je zignoruje i kogoś rozjedzie, a ktoś rozsądny trafi na 50 lat do kamieniołomu bo zagapił się obserwując chodnik i nie zauważył jakiegoś absurdalnego ograniczenia.

O to w tym chodzi?