Prentki Blog Motoryzacyjny - Świąteczne zakupy? Lepiej zastrzelcie mnie od razu! - Prentki Blog Motoryzacyjny
2902
post-template-default,single,single-post,postid-2902,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Świąteczne zakupy? Lepiej zastrzelcie mnie od razu!

Jak podejrzewam Was również czekają przedświąteczne zakupy, prawda?

W tym roku chciałem być sprytniejszy i po rzeczy pakowane w puszki i plastikowe opakowania, które da się otworzyć jedynie za pomocą improwizowanych ładunków C4, postanowiłem wybrać się nieco wcześniej. Wówczas przed samymi świętami musiałbym kupić już tylko trochę mięsa i owoce, więc mógłbym załatwić to w niewielkim osiedlowym sklepiku unikając tym samym przerażających kolejek i stania w korkach.

Co więcej, w założeniu ten wybieg taktyczny miał pomóc mi wymigać się od łażenia po markecie w okresie, w którym na dział rybny nie należy zapuszczać się bez gazu pieprzowego, nabijanej gwoździami tarczy i kawałka gałęzi służącego do torowania sobie drogi do lodówek z mrożonkami.

Niestety jednak już w chwili gdy wjechałem na parking zdałem sobie sprawę, że wcale nie będzie tak łatwo jak zakładałem. Po pierwsze znalezienie wolnego miejsca w odległości mniejszej niż czterdzieści kilometrów od wejścia do sklepu graniczyło z cudem. Samochody były zaparkowane dosłownie wszędzie nie wyłączając przejść dla pieszych, trawiastych poboczy, miejsc dla karetek i policji, a nawet samego środka skrzyżowania (autentycznie – gość był klasą samą dla siebie).

Jakiś emeryt zostawił nawet swojego złotego matiza na wiacie przystankowej.

Nadal zastanawiam się jak udało mu się tam wjechać.

Wyraźnie skonsternowany ochroniarz również.

Na szczęście mniej więcej po miesiącu udało mi się znaleźć wolne miejsce. Jak się jednak okazało parkowanie to był dopiero początek moich problemów. Bo widzicie, o mój koszyk musiałem walczyć z grubą, na oko czterystuletnią kobietą, która uznała, że to iż, na kilka sekund puściłem go by zabrać z półki zapuszkowaną kukurydzę oznacza, że najwyraźniej już go nie potrzebuję. Nie wiem co prawda po jaką cholerę próbowała uprowadzić koszyk wraz z leżącymi w nim zakupami, skoro przy oddalonym o kilka metrów wejściu było ich pod dostatkiem, wierzcie mi jednak – całe to kuśtykanie o kulach i sapanie to zwykła mistyfikacja. Baba miała więcej lat niż sfinks, a nogami przebierała tak, że podeszwy jej pełnoletnich relaksów prawie zajęły się ogniem.

Nie mam zielonego pojęcia co jest w tych tabletkach, które starzy ludzie łykają co rano ale z moich obserwacji wynika, że to jakaś mieszanka amfetaminy, pieprzu cayene oraz napalmu.

Na szczęście na wysokości działu z warzywami porywaczkę zauważyła inna rencistka, której spodobał się trzymany przez nią ananas. Kiedy więc zaczęły naprzemiennie okładać się pięściami i rzucać w siebie kalafiorem zwinąłem cichaczem swój wózek i czym prędzej oddaliłem się w kierunku działu monopolowego, który wbrew pozorom był jednym z najspokojniejszych miejsc w całym sklepie.

Na serio, nie zdawałem sobie sprawy jak niewiele brakuje by przedświąteczne zakupy przerodziły się w szalone zamieszki. Wystarczyło by krzyknąć coś o drogich karpiach albo opodatkowaniu barszczu, a ludzie ruszyliby na Warszawę z pochodniami.

To niedorzeczne.

Kolejna sprawa to sama ilość zakupów. Kiedy zabrałem już absolutnie wszystko co tylko mogło być mi potrzebne, wyszło tego niecałe pół wózka. A miałem w nim między innymi dwie zgrzewki wody mineralnej na siłownię oraz kilka kartonów czegoś z napisem „sok”, co podobno zrobiono z owoców (ta, jasne). Tymczasem obsługa sklepu co chwila musiała zamykać jakąś alejkę, żeby przepuścić podążający do kasy pociąg złożony z kilkunastu załadowanych do pełna wózków pilotowanych przez dwie froterki do podłóg.

Ludzie kupowali absolutnie wszystko – ktoś próbował nawet włożyć do wózka gościa, który na dziale z sałatą metkował melony.

Gdyby ktoś dla draki nakleił napis „promocja” na chłodni do wędlin to jestem pewien, że po chwili znalazłby się ktoś kto wspólnie ze szwagrem próbowałby załadować ją do swojego wózka. „Wujkowi Zenonowi się spodoba”. Po prostu istny obłęd.

Uciekałem stamtąd nawet szybciej niż wtedy, gdy mając 5 lat koleżanka, której naprawiłem łańcuch w rowerze próbowała dać mi buziaka.

Później jeszcze dobre dwa dni szukałem swojego auta. Zadania nie ułatwiał mi fakt, że moje BMW jest mniej więcej o połowę niższe od otaczających go samochodów. Przypominało to szukanie krasnala ogrodowego w polu kukurydzy. Albo Jarosława Kaczyńskiego na ukraińskim wiecu.

Na szczęście po chwili spostrzegłem matiza stojącego na wiacie co dało mi jakiś punkt odniesienia.

W końcu więc pokonawszy pieszo kilkaset kilometrów i zostając czterokrotnie potrąconym przez emerytów w seledynowych Toyotach Yaris uznających najwyraźniej, że klakson jest pełnoprawnym substytutem pedału hamulca, z pogruchotaną miednicą i zmiażdżonymi nogami jakimś cudem doczołgałem się do mojego samochodu.

Boże nigdy więcej.

Przyszłoroczne zakupy świąteczne robię w czerwcu.

Przez internet.

Rozumiem, że dziś możemy pozwolić sobie na kupowanie zdecydowanie większej ilości rzeczy ale za cholerę nie jestem w stanie pojąć dlaczego niby mielibyśmy to robić. Kiedyś, by stworzyć w pełni świąteczny nastrój wystarczały nam dwa koszyki pomarańczy i pachnąca choinka. Całą resztę wypełniała szeroko rozumiana rodzina i wspólnie spędzony czas. Dzisiaj z kolei, jak wynika z moich obserwacji 98% świątecznego czasu spędzamy na walce o puszkę ananasa z grubą babą w moherowym płaszczu oraz na myciu okien.

Pozostałe 2% to narzekanie na to, że nie ma nic w telewizji i wygłaszanie kwestii „ależ te święta szybko przeleciały”.

Czy tylko ja za tym nie nadążam?


16 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.