Kończy się nam kolejny rok więc podejrzewam, że podobnie jak ja postanowiliście podnieść się nieco na duchu tworząc tak zwaną „listę noworocznych postanowień”, która to ma zapewnić Wam szczęśliwe i dostatnie życie w nadchodzącym roku (a przede wszystkim uspokoić nieco poczucie winy powstałe po obżeraniu się przez ostatni tydzień wszystkim co tylko znalazło się na tyle blisko, że nie wymagało wstania z kanapy).

A więc znów wmawiacie sobie, że od nowego roku zaczniecie trenować, czytać książki, mniej jeść i będziecie mili dla tego siwego idioty spod siódemki, który zawsze zajmuje Wasze ulubione miejsce parkingowe swoim zielonym Tico z odblaskami na przyklejonymi do krawędzi drzwi.

Z doświadczenia wiem, że noworoczne postanowienia przypominają trochę program wyborczy tuż przed naszym pójściem do urn. W skrócie oznacza to, że spełnienie składanych obietnic jest realne jak zaparkowanie pod pobliskim marketem przed dzień wigilii.

Mógłbym zatem jak zwykle powiedzieć sobie, że od nowego roku zacznę intensywnie trenować na stojącym w kącie pokoju orbitreku po czym wrócić do wpychania w siebie kolejnego kawałka ciasta już bez targających mą duszą wyrzutów sumienia (w końcu to jeszcze nie nowy rok, prawda)?

Ale tym razem nie zrobię tego ponieważ obmyśliłem genialny plan, który to ma zapewnić mi sukces w trwaniu w noworocznych postanowieniach. W zeszłym roku powiedziałem sobie na przykład, że w końcu chwycę za zakurzone hantle i będę codziennie poświęcał przynajmniej pół godziny na trening. Zatem zmotywowany każdego wieczoru zakładałem dres i machałem hantlami w tę i we wtę wyglądając przy tym jak chory na alzheimera podłączony do sieci wysokiego napięcia.

Znudziło mi się po tygodniu.

W tym roku więc na listę moich postanowień nie wpisałem pozycji „będę trenował hantlami” tylko „pod żadnym pozorem nie będę trenował hantlami”. Skoro niedotrzymywanie noworocznych postanowień wychodzi mi tak dobrze to idąc tym tropem 28 grudnia 2012 roku powinienem mieć rękę jak betoniarka, a zakres mojego słownictwa powinien ograniczyć się do zwrotu „nie ma lipy”, zapytania „masz jakiś problem koleś?” oraz klasycznego „dawaj kurwa ten telefon”.

Genialne, prawda?

Noworoczne postanowienia, choć z góry skazane na porażkę mają jedną niezwykle istotną zaletę – dotyczą konkretnego, jasno określonego i istniejącego w czasie terminu. Zauważcie jak z reguły wyglądają nasze plany na przyszłość. Ile to już razy mówiliście, że

  • kiedyś kupicie sobie taki wóz,

  • kiedyś zwolnicie się z tej roboty i otworzycie własną knajpę,

  • kiedyś wypolerujecie te ranty.

Kiedyś… ładniejsza siostra „nigdy”.

Noworoczne postanowienia z reguły motywują nas na tyle, że w ogóle zabieramy się do ich realizacji – a to już niewątpliwie ogromny sukces. Drugiego stycznia łapiemy te hantle, sięgamy po książkę albo patrzymy z pogardą na pączka uśmiechającego się ze sklepowej witryny. Może i w niewielkim stopniu ale jednak to działa.

Nie wiem jak u Was ale na mojej liście zawsze znajdowały się plany tak ambitne, że z góry niemożliwe do zrealizowania. Myślicie, że nagle jesteście w stanie poświęcić godzinę dziennie na trening, jeśli do tej pory nie chciało się Wam nawet zajść na strych po wspomniane wcześniej hantle? Dajcie sobie 15 minut, a przynajmniej macie jakiekolwiek szanse.

Na nadchodzący rok mam też w planie nie dokończenie ogródka, który obecnie przypomina pole namiotowe w dzień po Woodstocku.

Trzymajcie kciuki, żeby w tym roku również mi się nie udało.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.