Nie wiem czy zwróciliście na to uwagę, ale w internetach panuje takie przekonanie, że nowe samochody kupują wyłącznie nie potrafiący liczyć, zakompleksieni idioci, a stare – nieprzystosowana społecznie, nieświadoma patologia bez wykształcenia i typowych dla normalnych ludzi aspiracji.

Podział normalnie jak od linijki.

Z resztą – takie podejście widać nie tylko w internecie. Mój sąsiad dla przykładu jakiś czas temu kupił sobie nową Hondę z silnikiem o pojemności naparstka i jeśli mam być szczery, od tamtej pory patrzymy na siebie równie ciepło co Najman i Pudzianowski.

W skrócie wygląda to tak – ja uważam go za skończonego frajera, bo mając niespełna czteroletni samochód wymienił go na nowy model i to pomimo, że ten jest jeszcze brzydszy i jeszcze bardziej badziewny niż stary (choć szczerze mówiąc wątpiłem, że to w ogóle możliwe). On z kolei ma mnie za idiotę bo ja, zamiast kupić sobie w końcu „porządny” samochód wolę babrać się w kółko z tymi moimi irytująco głośnymi rupieciami, niczym jakaś średnio rozgarnięta, aspołeczna małpa.

A najlepsze jest w tym wszystkim to, że w zasadzie to chyba obaj mamy w tej sprawie rację.

Spójrzcie jednak na to z mojej perspektywy. Kupujecie nowy wóz, następnie przeżywacie trzyletni, szalony zjazd kolejką górską, w trakcie którego wyrzucacie za burtę wiadrami swoje ciężko zarobione pieniądze, a kiedy w końcu spadek wartości zaczyna jakoś się stabilizować, postanawiacie zatrzymać wagonik i zacząć wszystko od nowa. Bo obawiacie się, że Wasz sąsiad mógłby nie daj boże pomyśleć, że nie stać Was na nowe auto.

Albo też, bo martwicie się, że po tych trzech-czterech latach jeżdżenia do kościoła i pobliskiej Biedronki z Waszego Golfa lada dzień zaczną odpadać koła.

Co więcej – wcale nie pomagają tu producenci samochodów, którzy wypuszczają teraz nowe modele średnio co piętnaście minut. Jeszcze jakiś czas temu kupując nowy wóz mogliście jeździć nim przynajmniej przez kilka lat zanim na rynku pojawiła się jego nowa wersja – i co się z tym wiąże, zanim ktoś zorientowałby się, że Wasz samochód nie jest już nowy.

W międzyczasie producent co najwyżej podmieniłby tylko pomarańczowe kierunkowskazy na wersję z białymi kloszami i delikatnie przemodelował jakiś niewielki wlot w zderzaku. A, że takie detale i tak są w stanie odróżnić wyłącznie psychole z fanklubów danego modelu (to Ci ludzie w fabrycznych koszulkach komunikujący się między sobą za pomocą kodów OEM i końcówek numerów VIN) to tak naprawdę Wasz samochód przez bitą dekadę wyglądał zupełnie jak nowy.

Jeśli o niego dbaliście to tak też zresztą się zachowywał.

A teraz?

Cóż, jeśli kupicie dzisiaj najnowszy, dostępny w ofercie danego producenta model to istnieje spora szansa, że już końcem tygodnia będziecie otrzymywać od lokalnego dealera maile z promocyjną ofertą serwisową dla właścicieli klasyków.

Bo w okolicach środy i piątku na rynku zdążą zadebiutować dwie kolejne generacje Corsy czy tam innej Vitary, na którą w przypływie chwilowej niepoczytalności i zdolności kredytowej się zdecydowaliście. A właśnie kredyt – jeszcze pół biedy jeśli kupicie ten wóz za swoje oszczędności (albo na kredyt bo oszczędności zainwestowaliście w coś, co na ten kredyt zarobi).

Jeśli jednak postanowicie wziąć kredyt, bo oszczędności nie macie to efekt będzie taki, że wydacie siedemdziesiąt tysięcy, których nie macie na samochód wart pięćdziesiąt i to pomimo że po trzech latach dostaniecie za niego co najwyżej dwadzieścia.

Na dokładkę drugie tyle zostawicie w serwisie w fakturach za płyn do spryskiwaczy.

Z matematyki jestem noga ale wydaje mi się, że równie dobrą inwestycją byłoby powierzenie wszystkich swoich pieniędzy pierwszemu z brzegu menelowi.

No i jeszcze najważniejszy argument związany ze sprzedażą nowych samochodów czyli ekologia. Wybaczcie, ale za cholerę nie ogarniam jak lansowana przez UE moda na wymienianie samochodu na nowy co kilka lat (i co się z tym wiąże złomowanie starego) może być bardziej ekologiczna niż jeżdżenie przez 20-30 lat tym samym, utrzymywanym w dobrym stanie technicznym wozem.

Oczywiście mam świadomość, że dwutlenki węgla i inne DPF-y ale na serio nie wydaje mi się, żeby kilkukrotna produkcja od zera wszystkich podzespołów samochodu w rozsianych po krajach trzeciego świata fabrykach, ich późniejszy transport (opalanymi ropą kontenerowcami i ciężarówkami), eksploatacja, magazynowanie, serwisowanie i utylizacja miałyby kosztować matkę naturę mniej niż kilkanaście lat dojeżdżania do pracy tym samym, poczciwym sedanem bez wbudowanych wyświetlaczy LSD i innych futurystycznych paczkomatów.

Tym bardziej kiedy ten „rupieć” jest relatywnie lekki, a zamiast wysilonego turbodoładowanego diesla ma instalację LPG dla biednych ludzi.

Żebyście jednak nie pomyśleli sobie, że w kupnie nowego samochodu dostrzegam wyłącznie minusy – mam oczywiście świadomość, że nowy samochód prawie na pewno nie będzie się psuł, większość ewentualnych usterek obejmie gwarancja, a na dokładkę nie będziecie musieli się martwić się tym, że w połowie drogi na narty odpadnie Wam tłumik końcowy.

Poza tym nowe samochody gwarantują znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa, nie śmierdzą pachą taksówkarza, palą mniej i nie mają problemów z korozją.

No i parkując pod dobrą knajpą nie będziecie musieli udawać, że jeździcie tym trupem tylko dlatego bo Wasz Lexus został na weekend w serwisie. Mówcie co chcecie ale w świecie, w którym jednymi z najcenniejszych rzeczy jakie mamy jest nasze zdrowie i czas, są to naprawdę cholernie mocne karty.

Muszę przyznać, że wizja posiadania nowego samochodu jest bardzo kusząca – taka dajmy na to nowa Alfa Romeo na literkę G albo BMW serii 2 coupe z całą pewnością sprawiłyby mi masę radości.

Wiecie – taki powiew świeżości w tym moim zatęchłym, przesiąkniętym smarem związku.

Idealne spasowanie elementów, precyzyjny układ kierowniczy, doskonale działająca klimatyzacja, doskonałe wygłuszenie i tak dalej… Kiedy jednak z ciekawości wlazłem w kofigurator i zorientowałem się ile właściwie kosztuje taka impreza doszedłem do wniosku, że za kwoty, które trzeba wydać by kupić coś co nie wygląda jak wyposażony w śmiesznie małe kółka pojemnik tupperware można zbudować znacznie fajniejszy (przynajmniej z mojego punktu widzenia) wóz.

Takie dajmy na to dobrze odrestaurowane, turbodoładowane BMW e3 z chromowanymi lusterkami i układem wydechowym ze sterowaną guzikiem przepustnicą.

Widzicie, chodzi o to, że już nawet budżet na poziomie 30-40 tysięcy złotych pozwala na kupno naprawdę fajnego używanego auta. Wybór jest ogromny. Co więcej – jeśli zapuścicie się bliżej lat 90-tych to po zakupie zostanie Wam ponad 30 tysięcy na ewentualne naprawy i modyfikacje.

A za 30 tysięcy da się zrobić naprawdę bardzo, bardzo wiele fajnych rzeczy.

Chyba właśnie dlatego za cholerę nie mogę przekonać się do nowych samochodów – za mocno uwiera mnie poczucie, że minimalny budżet, jaki trzeba przeznaczyć na nowy (bardzo podstawowy i przez to zwykle bardzo, bardzo smutny samochód) w wypadku staroci pozwala na taką jazdę, jakiej nie zapewni Wam nawet wiadro kokainy i mające bardzo liberalny światopogląd bliźniaczki z pobliskiej ulicy.

Chodzi o to, że wydając 40 tysięcy na nowy wóz dostaniecie biedawersję miejskiego hatchbacka, który wszystkimi tymi tandetnymi wykończeniami i brakującymi przyciskami każdego dnia będzie przypominał Wam o tym, że za tę kasę mogliście mieć cholernie ładnego i dobrze wyposażonego Mercedesa CLS.

Albo kilkuletnią Hondę na takim wypasie, że klękajcie narody.

Moglibyście kupić też starą, poczciwą 190-tkę, zlecić jej kapitalną odbudowę i zamówić sobie do niej skręcane felgi.

Albo takie dajmy na to cholernie szybkie, kwadratowe Volvo…

Ech… Chyba rozumiecie o co mi chodzi.