Prentki Blog Motoryzacyjny - Nie kupujcie żółtych samochodów - Prentki Blog Motoryzacyjny
293
post-template-default,single,single-post,postid-293,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Nie kupujcie żółtych samochodów

Zastanawiałem się ostatnio jak szatańskie motywy muszą kierować człowiekiem, żeby zdecydował się na kupno żółtego samochodu.

Można to od biedy zrozumieć w przypadku kobiet – one zawsze mogą użyć argumentu, że „jest słodki” i ta zbrodnia ujdzie im płazem. Facet niestety nie ma takiego komfortu. Żółty jest jednym z trzech kolorów, które rozróżnia, więc nie przejdzie opcja „nie zauważyłem”.

Za „jest słodki” masz na osiedlu gwarantowaną reputację miłośnika parówek.

Co więc sprawia, że ktoś kupuje żółty samochód i ma jeszcze dość samozaparcia żeby nim jeździć?
Są pewne modele, które mają usprawiedliwienie. Jest to nowe camaro, pierwsze generacje garbusa i seria Fiatowskich sportingów (choć z drugiej strony, jeśli chce się mieć samochód sportowy, to powinno się kupić samochód sportowy, a nie żółty opiekacz z obrotomierzem).

Żółte samochody mają w sobie tyle charakteru co dwudziestokilogramowy dachowiec rzygający kłakami za kanapą.

A mimo to kobiety je kupują.

Kobiety w ogóle myślą w kwestii samochodów w cholernie specyficzny sposób. Na podstawie odpowiedzi na pytanie, co mówi im termin ‚szesnastozaworowy’ mógłbyś podzielić je na cztery zasadnicze grupy – te które interesują się motoryzacją, te które udają, że interesują się motoryzacją, te które nie interesują się motoryzacją, i te bez cycków. Tej ostatniej grupy nie bierzemy pod uwagę, więc od razu doczepię się do tych, które motoryzacją się nie interesują.

To ten typ kobiety, która rozróżnia takie rodzaje samochodów jak ładny, brzydki i żółty.

Na wiadomość od męża, że ten planuje kupić Austina Hayley robi focha, że znowu będzie chlał to śmierdzące whisky, panewka kojarzy się jej z ukraińskim tańcem ludowym a gdy mechanik pyta ją jakie tarcze hamulcowe ma założyć zastanawia się po cichu czy lepsze będą czy lawendowe, czy w odcieniu pastelowego turkusu.

To ten typ kobiety, która kupi samochód, jeśli tylko sprzedawca powiesi na lusterku pluszowe kostki o truskawkowym zapachu.

Nawet jeśli amortyzatory wychodzą przez kratkę nawiewu ogrzewania, a kiedy auto stoi to z wydechu słychać stłumiony lament kompresji, błagającej żeby ktoś ją dobił.

Jeśli zwiążesz się z taką kobietą możesz być pewien, że przyjdzie taki dzień kiedy odbierzesz telefon i usłyszysz w słuchawce coś w stylu „kochanie, bo mi jakaś czarna plama pod autem się zrobiła i teraz coś głośno robi takie stuk stuk stuk… co mam zro……. oooo.. a teraz zgasło…”.

Niech bóg ma Cię w swojej opiece.

Druga grupa kobiet to te, które pomimo kompletnego braku wiedzy o budowie samochodu, czy motorsporcie nachalnie próbują wyrażać swoje poglądy wtrącając się w każdą możliwą rozmowę z kumplami dotycząca motoryzacji lub rajdów czy wyścigów DTM. Kończy się to z reguły tak, że zapytana o jej zdanie na temat ostrych wałków kenta odpowiada, że „te tanie chińskie strasznie rwą włosy”.

Jest to ten typ kobiety, która zawsze musi coś powiedzieć, niezależnie od tego czy jest to coś mądrego czy nie. Jeśli powiecie jej, że po paru godzinach walki udało się Wam ustalić przyczynę nierównej pracy silnika, i że była to pękniętego przewodu podciśnienia od silnika krokowego to na bank usłyszycie klasyczne „tak myślałam” pomimo, że termin ‚silnik krokowy’ mówi jej równie dużo co kolor ‚antracytowy’ niewidomemu od dziecka daltoniście.

Jeśli na imieniny kupisz jej profesjonalną grzechotkę, na bank będzie jej używać do tłuczenia ziemniaków.

A najgorsze jest to, że wysyłając ją do pobliskiego sklepu po płyn hamulcowy, możesz być pewien, że to co kupi na pewno nie będzie płynem hamulcowym.

Taka kobieta na dłuższą metę będzie ok, bo przynajmniej będzie udawać, że słucha Twoich wywodów na temat wyższości proflexa nad eibachem i bez fochów pozwoli Ci postawić fotele z mercedesa przed kominkiem w salonie. Możesz też powiesić nad łóżkiem monochromatyczny obraz z camaro, i myć codziennie samochód bez docinek sugerujących Twoją chorobę psychiczną.

Taka kobieta jest dobra, bo przynajmniej w tym jednym, jedynym temacie będziesz mądrzejszy od niej.

Jeśli natomiast masz w domu pasjonatkę motoryzacji, to delikatnie rzecz ujmując masz przejebane jak gruby jamnik mieszkający w dzielnicy restauracyjnej Hong-Kongu.

Możesz zapomnieć o przedświątecznych wizytach w salonach Apartu czy Triumpha i małych, fikuśnych podarkach. Masz za to gwarantowane taszczenie pięćdziesięciokilogramowej walizki z nakładkami Stanleya do punktu pakowania prezentów. Dodatkowo możesz mieć na sumieniu tę miłą starszą Panią jeśli przytaszczysz jej do zapakowania tę paletę z m50b28, które kupiłeś swojej ukochanej z okazji waszej rocznicy.

Kobieta, która żyje motoryzacją wydaje się jednak być czymś równie realnym co dwudziestoletni citroen z działającą elektryką.

A jednak niektórzy mają w życiu takiego pecha, że trafią na taką bestię.

Po pierwsze będziesz musiał miesiąc wcześniej umawiać się na miejsce w garażu, żeby wymienić tarcze w swoim samochodzie, bo Twoja kobieta będzie w nim trzymać rozebrane Capri przygotowane do obspawania karoserii.

Po drugie – kiedy po wolnym weekendzie wsiądziesz rano w samochód i pojedziesz do pracy, możesz zabić się na jakimś przydrożnym drzewie bo nie spodziewałeś się nagłego kopnięcia turbosprężarki, której (nogę byś dał sobie uciąć) w piątek jeszcze tam pod maską nie było.

No i po trzecie – dostaniesz na oczach kumpli baty w garażowym konkursie bekania, oraz co gorsze – zgrzewka zimnego piwa nie będzie już w lodówce bezpieczna. Ukrywanie piwa za sałatą nie będzie już tylko trikiem z reklamy jogurtu.

Ja mam w życiu szczęście, gdyż moje kochanie to połączenie tej kobiety znającej i nieznającej się na samochodach. Z jednej strony bez problemu zlokalizuje pod maską rozrusznik czy filtr oleju, a z drugiej nie próbuje wypowiadać się w temacie twardości amortyzatorów gdyż interesuje ją to równie mocno, co mnie najnowsza produkcja z udziałem Hanny Montany.

Ma jednak ten gen, który determinuje pojawienie się na twarzy idiotycznego uśmiechu gdy tylko usłyszy słowo „poślizg”.

Nie kupujcie żółtych samochodów.


Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.