Parę lat temu miałem w domu piec, który pożerał drewno tak, jak nasz etatowy pieseł z nadwagą pochłania pozostawione na stole w kuchni kotlety (czyli szybko i niepostrzeżenie).

W związku z tym, żeby utrzymać w domu sensowną temperaturę musiałem spędzać kilka godzin tygodniowo na wydobywaniu ogromnych klocków z walącej się, zlokalizowanej za domem drewutni, rąbaniu ich na kawałki za pomocą rozpadającej się siekiery i przenoszeniu do przesiąkniętej dymem kotłowni, która, jeśli mam być szczery wyglądała trochę jak sowiecka kopalnia węgla.

Albo podejrzanie tani warsztat na przedmieściach bo to z grubsza to samo.

Po zrzuceniu porąbanych klocków do piwnicy trzeba było pozamiatać jeszcze walające się tu i ówdzie resztki kory i syfu pozostałego po poprzedniej partii drewna, a następnie wszystko ładnie poukładać. A to był dopiero początek. Potem trzeba było jeszcze wyczyścić kanały kominowe, które zapychały się średnio co piętnaście minut, wynieść zebrany w zsypie popiół i wreszcie co kilka godzin schodzić do piwnicy, żeby wrzucić do pieca parę nowych klocków.

Idąc dalej – kiedy parę lat temu miałem ochotę na kawę, musiałem znaleźć w szafce poobijany, czerwony czajnik, napełnić go wodą i nastawić na gaz. Samo gotowanie wody zajmowało dobre pół godziny bo nasza kuchenka działała mniej więcej tak samo jak wyglądała.

Czyli źle.

Po mniej więcej miesiącu, kiedy woda w końcu się zagotowała z reguły okazywało się, że i tak skończyła się kawa.

Trzeba więc było wyskoczyć na szybko do sklepu, a to wymagało użycia samochodu co wbrew pozorom wcale nie było takie proste. Najpierw musiałem otworzyć dwa skrzydła pancernych, zacinających się drzwi garażowych, wsiąść do auta, następnie wysiąść bo wiatr zamknął jedno ze skrzydeł, otworzyć je ponownie, poszukać cegłówki do podparcia, podeprzeć, ponownie wsiąść, wyjechać, odsunąć cegłówkę, zamknąć drzwi i tak dalej.

Potem zrobić to samo z bramą wjazdową pamiętając o tym, żeby złapać w porę uciekającego ze zwędzonym z kuchni kotletem psa.

A po powrocie ze sklepu powtórzyć to wszystko raz jeszcze w odwrotnej kolejności z niesłabnącym entuzjazmem i chęcią do życia.

O, albo to – koszenie trawnika.

Moja stara kosiarka nieustannie próbowała pozbawić mnie życia. Za każdym razem kiedy ją włączyłem ta zamiast zająć się koszeniem trawy kombinowała jak uciąć mi głowę. W pewnym momencie zacząłem zastanawiać się nawet czy aby przypadkiem nie wyglądam trochę jak John Conor. Poza tym miała kabel, a nie zbiornik na paliwo co byłoby w porządku gdyby mój trawnik wyglądał jak boisko piłkarskie, a nie tropikalna dżungla rodem z wysp Borneo.

Niektóre mieszkające w naszym ogródku ślimaki miały rozmiary ciężarówki.

Poza tym rosła tam cała masa drzew – w efekcie przedłużacz najpierw co chwila się wokół nich owijał, a następnie raził mnie prądem za każdym razem kiedy próbowałem go z nich zdjąć. Raz walnął mnie tak, że aż zapaliły mi się włosy w uszach.

A kiedy rzuciłem się na ziemię starając się je ugasić, kosiarka po raz kolejny próbowała uciąć mi głowę.

Dlaczego jednak w ogóle Wam o tym mówię – zobaczcie jak to wygląda teraz. Temperaturą w domu steruję za pomocą zamontowanego w ścianie guzika. Kawę robi za mnie wysokociśnieniowy ekspres, garaż otwieram przy użyciu pilota, a ogród koszę siedząc na amortyzowanym siodełku, słuchając sobie Jose Cury i popijając zimne piwo.

Przyznajcie, że w porównaniu z tą sowiecką kopalnią brzmi to jak jakaś futurystyczna, technologiczna idylla.

Mogłoby wydawać się więc, że dzięki tym wszystkim usprawnieniom moje życie stało się znacznie prostsze. Że większość spraw, którymi musiałem zakrzątać sobie dotąd głowę przejęły za mnie procesory, układy scalone i różnego rodzaju sterowniki. Że zdjęły one z moich barków tak wiele obowiązków, że nie wiem za bardzo co mam robić teraz z całym tym wolnym czasem, który dla mnie wygospodarowały.

Ta, jasne…

Naprawdę nie wiem jak to się dzieje. Nieustannie coś robię, a mimo to wciąż mam coraz to więcej rzeczy do zrobienia. Od dwóch tygodni razem z Mateuszem próbujemy znaleźć chwilę, żeby wspólnie odkręcić parę części w należącym do niego Mercedesie, a potem wcisnąć do niego bardzo duży silnik.

Jak na razie idzie nam raczej słabo bo nie możemy wygospodarować nawet chwili, żeby w ogóle spotkać się i wspólnie napić się piwa.

Co jest dość dziwne zważywszy na fakt, że jeszcze piętnaście lat temu z powodu braku innych zajęć spędzaliśmy całe dnie na jeżdżeniu na rowerze, graniu w nogę i siedzeniu na trzepaku.

Co się do licha porobiło?

Ktoś zamontował turbosprężarkę do mojego komunijnego Casio z melodyjką czy jak?

Na sobotę zaplanowałem sobie do zrobienia kilka rzeczy ale ledwie zabrałem się za pierwszą, a już był późny wieczór. Kiedy u licha? Jak? Co to za cholerny tunel czasoprzestrzenny? Przecież ledwie zdążyłem otworzyć chrupki i odkręcić kilka zapieczonych śrub!

Kiedy mam coś do zrobienia, czas przemieszcza się z prędkością wchodzącego w atmosferę meteorytu. Kiedy zaś siedzę na jakimś wyjątkowo nudnym spotkaniu, wlecze się jak załadowana Dacia Logan na wyjątkowo stromym podjeździe.

Człowiek patrzy na zegarek i jest 15:01. Kiedy spojrzy na niego ponownie dwie godziny później, okazuje się, że jest 15:03.

Wiem, że przydałoby się coś z tym zrobić ale nie za bardzo mam pomysł co. Przydałby mi się  taki dodatkowy, „nieklasyfikowany” rok, który mógłbym przeznaczyć na ogarnięcie wszystkich rzeczy, które chodzą mi obecnie po głowie (albo leżą rozgrzebane w garażu). Poważnie zastanawiam się też nad zbudowaniem wehikułu czasu. Widziałem taki ostatnio w „Terminatorze” i choć jego zbudowanie z całą pewnością nie będzie proste to jednak cholernie ułatwiłby mi on życie.

Wiem już nawet jak się za to zabrać – zacznę od przesłuchania mojej starej kosiarki.

Bo wszystko wskazuje na to, że to jakiś zbudowany przez skrajne feministki terminator, który przybył z przyszłości żeby mnie zabić…

10 Komentarzy

  1. MAX 1 marca 2016 o 12:53

    A myślałem, że tylko ja mam wrażenie jakby dni zmieniły się na sekundy, tygodnie w minuty, a lata na tygodnie. Ostatnio doszedłem do wniosku, że aby wyprostować wszystkie sprawy, potrzebowałbym minimum 3 lat urlopu… no i oczywiście cały czas musiałaby być słoneczna ciepła pogoda.

    1. Tommy 1 marca 2016 o 15:21

      Mam podobnie – a najgorsze w tym wszystkim jest to, że z każdym dniem oprócz samych zaległości mam coraz więcej głupich pomysłów, które mimo wszystko chciałbym zrealizować.

  2. Szymon 1 marca 2016 o 20:28

    Poczekaj aż Ci Iza dziecko urodzi :) zapomnisz o pojęciu wolnego czasu mi się wczoraj urodziła a dziś ma pół roku, tutaj dopiero czas zapierdziela. Pozdrawiam z Suwałk ps. Twój blog bardzo trafnie opisuje moją rzeczywistość śledzę go od początku, Zazdroszczę Ci umiejętności pisania

    1. Tommy 2 marca 2016 o 07:50

      Niedawno przez cały dzień bawiłem dwie małe dziewczynki, które podrzucił nam brat Izy – byś Ty widział jak się wkręciły w grzechotki i ściągacze do sworzni zawieszenia.

      Ja składałem sobie dolot, a one rozkręcały coś z koszyka z częściami (czego nawiasem mówiąc raczej nie uda mi się już poskładać :v )

      PS. Ja nie umiem pisać ;)

  3. Zyga 1 marca 2016 o 22:26

    Mam dwa samochody do jazdy codziennej. Dwa motocykle na chodzie. Dwa motocykle w skrzynkach do poskładania. Dwa Żuki, które czekają na remont. Dwa garaże… …i dwójkę dzieci. Maluchów takich. I ten komentarz też pisałem ‚na dwa razy’, bo trzeba było kupę z pieluchy wyjąć. Także ten… biturbo.

  4. Dapo 2 marca 2016 o 09:23

    Świetnie to wszystko ująłeś. Tak jak już wyżej napisał Szymon jak zostaniesz ojcem do zegarka ktoś nie wiadomo kiedy i w jaki sposób dołoży drugie turbo i mały kompresor.

  5. Szczypior 2 marca 2016 o 20:14

    Ja tak mam odkąd zacząłem etatową pracę, na dodatek na trzy zmiany. Serio, czas to mi spierdziela jak borygo z nieszczelnej chłodnicy.

    Dlatego ja się tak nie bawię, wypisuję się, zaklepany, wracam na studia.

    I na odwyk od internetów…

  6. sova 3 marca 2016 o 14:55

    dokładnie, odkąd mam swoje dwa kochane brzdące na grzebanie przy autach zostają strzępy czasu, a przy okazji dom się wykańcza więc strzępy strzępów, zegarek to normalnie biturbo nitro quatro kompressor

    nie ma czasu na narzekanie :-D

  7. czesci audi 3 marca 2016 o 15:05

    Dobry tekst. Różne starsze rozwiązania zajmowały zazwyczaj sporo więcej czasu, teraz wszystko można mieć ekspresowo… Jeśli tego nie ma to wzbudza w nas frustrację. Z ogromnym sentymentem odchodzę od tego co tutaj u ciebie przeczytałem. Całe szczęście można starać się wracać do starych, dobrych zwyczajów :)

  8. wisznu 7 marca 2016 o 08:59

    to samo kiedys brat mi mówił:
    Kiedys był czas na zmywanie naczyń – bo musiał się znaleźć.
    Teraz, jak doszła zmywarka, to nie tylko nie ma czasu na wyjęcie ich, ale nawet chęci brakuje.
    jakoś tak dziwnie jest, że im mniej trzeba robić tym mniej się chce…

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *