Niektórzy producenci samochodów przy ich projektowaniu chyba zapomnieli uwzględnić jeden drobny detal. Ot taką pierdołkę, która najwyraźniej wydała się im nieistotna – że ktoś tym będzie jeździł.

Ford Fiesta został pomyślany jako „drugi samochód w domu” z przeznaczeniem do wożenia zakupów i kształtnego tyłka młodej kobiety, która reklamowała go w TV. Takie małe, zwinne i ekonomiczne pudełko, którym będzie zachwycać się jego piękna i ponętna właścicielka, myjąc go co weekend na podjeździe w rytmie skocznej muzyki, w towarzystwie ślicznego labradora (obowiązkowo biszkoptowego), oraz córeczki w kraciastej sukience i męża o aparycji Harrisona Forda grillującego pyszne burgery w ogródku. Oczywiście wszyscy (łącznie z psem) mają nieskazitelnie białe uśmiechy i są uosobieniem życiowej sielanki.

Kiedy jednak mija dziesięć, piętnaście lat samochód ten w niewielkim stopniu przypomina ten piękny błyszczący bolid z telewizyjnej reklamy. Smukłą, młodą brunetkę zastąpił Miecio mechanik w przyciasnych spodniach klnący pod nosem na niesprawiedliwość życia i ogólną ciulowiznę codzienności. Labrador już kojfnął i spoczął obok rabatki z różami z castoramy i lampami solarnymi z telezakupów, a córeczka pojechała na woodstock ze swoim kudłatym i nie zawsze dbającym o podstawową higienę chłopakiem.

„To ktoś tym będzie jeździł dłużej niż pięć lat?” z niedowierzaniem podrapał się po swojej sprytnej główce inżynier projektu. Hmm… No tego nie przewidzieliśmy…

Większość tańszych modeli samochodów nie wytrzymuje zbyt dobrze próby czasu. Pojawia się korozja i brud, a zaniedbania w eksploatacji wracają z siłą nieskrępowanej, porannej, po imprezowej sraczki.

Ktoś powie – no dobrze, ale jeśli dbamy o samochód to będzie on służył dwadzieścia lat! No tak. Ale pokażcie mi osobę, która na widok odprysku na błotniku jedzie czym prędzej do lakiernika żeby to profesjonalnie naprawić (oczywiście zakładamy, że chodzi o właściciela poczciwego hatchbacka z połowy lat dziewięćdziesiątych, a nie Ferrari 195 Inter Tourning).

I tak nie trzeba długo czekać, aż samochód zaczyna się powoli, aczkolwiek systematycznie „sypać”. Tutaj coś zaczyna stukać, tutaj nie działa opuszczanie szyby, bo linka się urwała… Błotnik rozpoczyna samoczynny proces tuningowy w postaci redukcji wagi, a benzynowy silnik zaczyna pochłaniać takie ilości oleju, że zaczynamy się zastanawiać czy znaczka na tylnej klapie nie zmienić na ‚diesel’.

I wtedy następuje okrutne przebudzenie – „O kurza noga! Przecież to złom jest! Trzeba go sprzedać i kupić golfa trójkę.”

I tak niestety kończy się żywot większości małych samochodzików, które przez lata dzielnie służyły swoim właścicielom, a teraz są z odrazą wrzucane na allegro, żeby „ktoś zabrał ten złom sprzed domu”. Potem kupujemy kolejny samochód i znów historia zaczyna się od początku.

Oczywiście są osoby, które potrafią tak zadbać o samochód, że po kilkunastu latach wygląda on niemal jak po wyjeździe z fabryki (poza puchatymi pokrowcami na fotelach i kilkoma wanderbaumami wiszącymi na lusterku) jednak to tylko wyjątek, który potwierdza regułę.

Tak naprawdę jednak dzień, w którym następuje „przebudzenie” i stwierdzamy że trzeba zrobić coś z tym ścierwem co stoi pod domem może być doskonałym momentem, żeby zabrać dupę w troki i dać mu nowe życie. Można sprzedać go za bezcen i kupić kolejny samochód z bogatą historią, do którego wrzucimy znów kilka tysięcy i za pięć lat historia się powtórzy.

Można jednak ową kwotę przeznaczyć na remont i przebudowę naszego pupila, tak aby dzielnie służył on przez kolejnych kilka kadencji rządu i co więcej – nabrał po części naszego charakteru i stał się pełnoprawnym „członkiem rodziny”.

Bo pomyślcie sami, jak rewelacyjnie będzie za dwadzieścia lat mieć ten sam wóz schowany pod mięciutką narzutą w garażu móc wybrać się nim na przejażdżkę poza miasto..

Wtedy nawet zwykła szarobura fiesta będzie w stanie dostarczyć tyle wspaniałych doznań co kubełek z KFC po całym dniu głodówki…

2 Komentarze

  1. kali 9 listopada 2015 o 13:40

    hej masz moze ta grafike z fiesta w lepszej rozdzielczosci? do garazy bym sobie druknąl w pracy :)

    1. Tommy 9 listopada 2015 o 13:41

      Poszukam ale będzie ciężko – to jeszcze z najstarszej wersji bloga

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *