Zastanawialiście się kiedyś czym tak właściwie jest radość z jazdy? Radość z posiadania własnego samochodu? No bo pomyślcie sami – mamy te swoje starsze czy też nowsze cztery kółka, które to na wszelkie możliwe sposoby dopieszczamy, pucujemy i woskujemy. Zaniedbujemy żony, zaniedbujemy dzieci, ba – zaniedbujemy nawet ligę angielską z powodu czegoś, co jakby na to nie patrzeć jest po prostu dość skomplikowanym urządzeniem wyprodukowanym w gdzieś w hali położonej rzut beretem od wypełnionej małpami dżungli na Tajwanie.

I nawet jeśli zamiast Xing-Ho Lou nasze auto poskładał jakiś miłujący precle i grę na puzonie Hans, albo też uganiający się za spódniczkami i zasiłkiem socjalnym Fabio, to wciąż w założeniu jest to po prostu przyrząd mający przemieścić nasze niekoniecznie kształtne pośladki z punktu A do punktu B.

Co więc sprawia, że pragniemy samochodów równie mocno co zimnego piwa, zdalnie sterowanych helikopterów i powtórek Dragon Ball'a w TVN7? Spójrzcie co z naszymi mózgami robią ostatnimi czasy producenci samochodów. Kiedy obejrzycie sobie reklamę chociażby nowej Corsy albo jakiegoś Hyundaia, to pewnie podobnie jak ja dojdziecie do smutnego wniosku, że nasze życie to jedno wielkie bagno i beznadzieja. Z resztą spójrzcie sami – w świecie reklam żyją wyłącznie wysportowani, ubrani w modne ciuchy i uśmiechnięci młodzi biznesmeni jeżdżący po mieście ze świecami dymnymi w dłoniach i skaczący z różnych rzeczy w sposób jakiego nie powstydziłby się sam Jet Lee.

Nie robią w zasadzie nic poza bieganiem po plaży i macaniem po kolanach pięknych dziewczyn o kasztanowych włosach.

I do tego te zachody słońca – wyobraźcie to sobie w realnym życiu. Widzicie tą reklamę, kupujecie więc takiego samego Hyundaia jak w telewizji (no, może w wersji 1.1. basic bo na lepszą nie dadzą Wam kredytu) i jedziecie sobie jak gdyby nigdy nic rano do pracy.

Wyjeżdżacie zza rogu, a tu nagle jeb pierrrrdu – najpiękniejszy zachód słońca w historii.

Jedziecie do biedronki po ziemniaki i papier toaletowy, a tu zachód słońca.

Nawet wchodząc do kibla zachód słońca.

I brunetka o zielonych oczach podsuwająca Wam kolano do pomacania.

Prawda jest taka, że jak przekolorowane te reklamy by nie były, to praktycznie zawsze trafiają one w nasz czuły punkt. Trafiają w sedno. Zastanówcie się sami – ludzie, dla których motoryzacja jest wyłącznie jedną z dziedzin przemysłu, równie emocjonującą co dajmy na to produkcja okuć okiennych albo górnictwo, kupią po prostu coś, co w ich przekonaniu będzie spełniało jakieś tam zależne od budżetu standardy.

Nie nazwą swojego Hyundaia Getz imieniem Jessica bo nawet go nie lubią.

Prędzej nazwą go je**** starym gratem, kiedy po raz kolejny odpadnie im jakieś koło zamontowane ze wględu na cięcie kosztów za pomocą śrub M6.

Tymczasem my – ludzie posiadający panewki zamiast stawów, za każdym razem kiedy widzimy produkcję filmową z samochodem i uroczą brunetką czujemy, że to coś czego pragniemy. Że właśnie tak chcielibyśmy spędzać czas za kierownicą naszych nie najmłodszych już "e-trzydziestek szóstek", "preludów" i różnego rodzaju modeli Alfy Romeo.

Kwintesencja radości z posiadania własnego samochodu nie zamyka się w świadomości, że fajny samochód stoi na naszym podjeździe. Albo raczej – w świadomości, że sąsiedzi widzą ten fajny samochód stojący na naszym podjeździe.

Jeśli ktoś postrzega samochód przez pryzmat prędkości maksymalnej, ilości niutonometrów i średniej wartości rynkowej to współczuję mu z całego serca, bo ma w swoim garażu coś czego w najmniejszym stopniu nie rozumie.

Współczesne samochody mają niestety dość istotną wadę, która w mojej ocenie sprawia, że coraz trudniej dostrzec w nich tą radość i pasję, która towarzyszy nam w takich choćby modelach jak BMW e30, Ford Sierra Xr4i czy dajmy na to – Alfie Romeo 155.

Żeby zobrazować Wam co mam na myśli posłużę się małym porównaniem.

Wyobraźcie sobie więc, że na łóżku w Waszej sypialni leży piękna, dziewiętnastoletnia dziewczyna o kruczoczarnych włosach i niesamowitych oczach koloru ciemnej czekolady. Leży tam teraz prawie naga, odziana wyłącznie w krwisto czerwoną bieliznę. Jej smukłe, wysportowane ciało otulone jest ciepłą poświatą porannego słońca wpadającego nieśmiało przez okna. Uwydatnia ono jego wspaniałe linie – wysportowany brzuszek, smukłe uda… Stoicie obok i po prostu patrzycie na nią. Na ten cud.

Ona patrzy na Was z pożądaniem tymi swoimi ciemnymi oczami jakby nie mogąc doczekać się chwili kiedy zbliżycie do niej swe dłonie.

I wtedy nagle do sypialni wpada gruby gość w kombinezonie roboczym z logo Hyundaia na plecach, po czym łapie dziewczynę i owija ją całą 20 centymetrowej grubości wełną mineralną , a na koniec zabezpiecza całość szarą taśmą klejącą.

"Gotowe – możesz Pan jechać!"

Abstrakcja? A właśnie tak mniej więcej wygląda to co producenci od paru dobrych lat robią z samochodami aby te stały się "bardziej ergonomiczne, ekologiczne, bezpieczne i przyjazne kierowcy". Po prostu oddzielają Nas grubą warstwą izolacji od tego wszystkiego co dzieje się na drodze i co w ich ocenie mogłoby spowodować nasz dyskomfort albo zaburzenie szeroko rozumianego poczucia bezpieczeństwa.

Wybaczcie, ale ja – nawet jeśli miałbym obudzić się rano nago, przykuty do łóżka kajdankami, bez portfela i telefonu, nie wahałbym się ani chwili widząc zachęcające spojrzenie ów piękności.

Niebezpieczeństwo? Przecież to nieodłączny element dobrej zabawy!

Starsze samochody były zdecydowanie bardziej bezpośrednie. Moje coupe lubię właśnie za to, że nie stara się oszukiwać podkładając mi pod tyłek miękkie poduszki. Nie maskuje przez elektryczne wspomaganie tego co dzieje się w danym momencie z przednimi kołami.

Nie próbuje tłumaczyć mi za pomocą mrugającej kontrolki ESP, że dociśnięcie teraz gazu jest nierozsądne i brawurowe.

Wiem o tym i właśnie dlatego to robię ty tępy komputerze!

Starsze samochody – nawet bez super mocnych silników i szybkich automatów potrafią dać wiele frajdy i przyjemności z jady. Wie o tym chyba każdy kto miał kiedyś malucha i choć raz wyjechał nim zimą z garażu. Wystarczy nam bezpośredni układ kierowniczy, silnik wydający z siebie dźwięki odczuwalne bardziej niż czkawka komara i brak nachalnych systemów bezpieczeństwa spychających nas do roli głupiej małpy utrudniającej im pracę.

Panowie projektanci – my nie potrzebujemy tych zachodów słońca i wybuchających kulek z farbą. W dupie mamy galerie sztuki i ludzi w modnych ubraniach wprost ze sklepów H&M. Nie interesują nas dotykowe wyświetlacze, a parkować potrafimy sami. Robiliśmy to przez tyle lat więc i teraz sobie z tym poradzimy.

My chcemy po prostu prawdziwych samochodów.

16 Komentarzy

  1. Krz 17 października 2012 o 11:07

    Problem w tym, że "my" jesteśmy w mniejszości. Zwykły zjadacz chleba chce jak najnowszy, modny i wyposażony wózek który będzie jak najwięcej myślał za niego. Może to i dobrze, bo idiotów naprawdę nie brakuje…

  2. wuner 17 października 2012 o 12:00

    Jeszcze rok temu moje dupsko wygniatało znakomicie wyprofilowany, sportowy fotel pewnej leciwej już Alfy. Z jakim ja rozżewnieniem wspominam ten samochód… Owszem, sprawiała problemy, ale nie było ich aż tak stereotypowo wiele. Za to ten bezpośredni układ kierowniczy – kierownica od dechy do dechy wykonywała niecałe 2 obroty, ponadto była mała i miała bardzo gruby, w przekroju idealnie okrągły wieniec…
    Mnie w nowych samochodach najbardziej irytuje jakość materiałów używanych we wnętrzach. Zapewne sam to zauważyłeś, ale cholera w 20-letnim trupie z plebejskimi korzeniami są lepsze plastiki, niż w nowym samochodzie klasy średniej i średniej-wyższej. Dziś wpakujesz tyłek do SUV'a za 150 tysięcy i trącając łokciem boczki drzwi stwierdzisz, że coś tu nie gra. Następnie przejedziesz palcem po podszybiu i… zostawisz piękną rysę wykonaną fragmentem zrogowaciałego naskórka, który zagościł na opuszku Twojego palca po ostatnim rąbaniu (drewna do kominka). Dzisiejsze samochody skrzypią już po wyjechaniu z fabryki…

  3. maxx304 17 października 2012 o 12:03

    Krz, popieram. Chociaż nie całkiem. Fakt, że nie wszyscy chcą/umieją/mogą myśleć sami, aczkolwiek są też ludzie, którzy np. nie umieją parkować. No nie umieją, zabij, nie da się. Dla takich jest np. system automatycznego parkowania. Albo czujniki cofania, bo za cholerę nie umieją ocenić odległości. Albo ESP, bo dopasowanie prędkości na mokrym zakręcie jest za trudne. Ktoś powie, że w takim razie nie powinni jeździć autem. Racja. Ale producenci muszą coś sprzedawać. A poza tym naturalna selekcja na przydrożnych drzewach mogłaby sprawić, że ze zdolnych do rozrodu samców zostałby Tommy, ja, oraz kilku czytelników i czytelniczek bloga. Hm… zastanawiająca kwestia ;)

     

    PS. Tommy – tekst o gościu w kombinezonie Hyundaia zajebisty – oplułem monitor ze śmiechu.

  4. Szczypior 17 października 2012 o 14:31

    Kiedyś już wypluwałem swoje żale na ten temat na blogomotive… Niestety nic nam z takich apeli nie przyjdzie, ewentualnie kryptowsparcie projektantów, którzy poukładają te wszelkie bebechy tak, żeby łatwo było wypier…ić to co zbędne ;)

    1. Tommy 17 października 2012 o 14:34

      Szczypior – ale właśnie dlatego istnieje Prentki.

      Mała, trochę śmierdząca ostoja stworzona dla ludzi, którzy pomimo wszechobecnych nacisków wciąż bardziej wolą "wrrrrrrr…" niż  "ziuuuuu…" ;}

      1. Szczypior 17 października 2012 o 21:53

        I właśnie dlatego jeszcze tu siedzę, i mam nadzieję, że będę miał okazję kiedyś pokazać się ze swoim "wrrrrrrr… ptssssss" (czyt. jak kupię) na jakiejś Waszej akcji klubowej. Daleko nie mam, ot, rzut beretem plus 40km ;)

  5. Wojtek 18 października 2012 o 05:00

    Ja tam tylko zbieram i podliczam punkty karne za obrażanie Hyundaia :P 

    Dojdzie do 100 i Tommy dostanie wyrok 10 lat w Hyundaiu pony 1.5 8v sedan rocznik 1995 moc 79 kucyków pony. 

    Włącznie ze spaniem i innymi czynnościami wewnątrz  :P

    1. Szczypior 18 października 2012 o 06:42

      Gdyby na świecie został tylko Tommy i Megan Fox i mieliby żyć w Hyundaiu to nie odnowiliby gatunku ludzkiego…

    2. Tommy 18 października 2012 o 09:03

      @Wojtek – Kupę na tylnej kanapie mógłbym zrobić, ale z resztą miałbym już pewnie problem.

      @Szczypior – gdybym na świecie został tylko ja i Megan Fox to zapewniam Cię, że zamiast zastanawiać się jak nakłonić ją do zdjęcia majtek w czerwonym Getzie, wolałbym pożyczyć sobie i tak niczyją już "Dwieście pięćdziesiątkę" GTO califirnia spider z parkingu pod kasynem w Monte Carlo, ożenić się z nią w kalpicy Elvisa  w Las Vegas, a potem zaszyć się gdzieś w górach w Szwajcarii i do końca życia kontemplować jej linię boczną.

      A Megan niech się tam gniecie z tym swoim transformersem AGD.

      1. Szczypior 18 października 2012 o 15:32

        Rozumiem, że Megan Fox udzielałaby Tobie i 250-tce ślubu?

        1. Tommy 18 października 2012 o 19:12

          Jakby co to na kocią łapę też będzie dobrze ;}

           

  6. Dominik (Handlarz) 18 października 2012 o 20:22

    Przykro to stwierdzić, ale świat idzie właśnie w tym kierunku – odmóżdżyć wszystko, tak, by wygodne i "lewe" społeczeństwo dawało sobie radę. Pisałeś kiedyś o telefonie z ekranem dotykowym… Ja się bronię przed tym wszystkim i jest nas, jak sądzę wielu, ale świata nie zmienimy. "Postęp"… A swoją drogą – pozwoliłbyś, by Tiguan zaparkował sam, zamiast Ciebie? Ja nigdy w życiu! Nie ufam takiemu dziadostwu… Szkoda zniżek, a co najważniejsze – jaki wstyd…

  7. ffresh 22 października 2012 o 22:27

    Za takie wpisy uwielbiam ten blog, Tommy!

    Odnosząc się do komentarzy, to niszę na proste, bezpośrednie samochody odkryła niedawno przecież toyota ze swoim gt-86. No chyba, że nie śledzicie wiadomości… Wbrew pozorom jest taka niedzisiejsza- ma twarde plastiki w środku i wolnossącą 2.0, które od przyspieszeń głowy nie urwie. Ale podobno świetnie się prowadzi, więc nie wiem dlaczego generalizujecie. Jedynie cenę ma  jak najberdziej super nowoczesną- 130tys. Wiadomo- produkcja w JP.  Jest jeszcze Hxxxxx Genesis Coupe;) Od 114 tys. i robi "pssst";)

  8. Tony 1 listopada 2012 o 01:06

    Całe szczęście jest jeszcze jakiś świat poza europą i w takim jueseju można kupić sobie przecież mustanga, czy challengera, które co prawda plastiki w środku mają gorszej jakości niż fiat cinquecento, ale silnikowo i napędowo robią "dobrze". Hujdaj genesis tez daje radę – jak się dowiedziałem że ten model jest RWD to nie mogłem uwierzyć. Aczkolwiek to już koniec motoryzacji w postaci jaką lubimy, no, może początek końca, w każdym razie niewiele już czasu zostało. Kto więc ma jakiś garaż, szopę czy stodołę – kupować co starsze rwd-ki i chować na przyszłość – ja już mam dwa schowane i jestem na etapie kupowania trzeciego.

    1. ffresh 1 listopada 2012 o 23:37

      Trafiłeś w czuły punkt, bo marzy mi się nowy Challenger… Piękny samochód, udał im się retro-styl. Jeszcze tylko w Australii możesz dostać męskie auta (Holdeny V8), no i Japonia, gdzie Toyota ma sporo ciekawych sedanów,  jak Mark X czy Crown.

      Europejscy producenci wzięli liczydła i wyszło im, że taniej jest produkować FWD z gumowym układem kierowniczym, za tylny napęd musisz słono zapłacić, bo występuje tylko w autach premium-sremium z aktywnym układem kierowniczym i z plastikami najwyższej jakości w boczkach tylnych drzwi…

      ja już mam dwa schowane

      BMW czy e30?;-P

       

      1. Tony 3 listopada 2012 o 00:47

        Holdeny fajne i bardzo mi się podobaja, ale Australia daleko i kiera nie z tej strony, podobnie Japonia. Stany są w zasięgu, a i kiera z tej co powinna.

        A co do starych RWD-ków – chowam E32 i – ździwisz się – 125p. Kolejnym nabytkiem ma być W126. Zobaczymy co życie przyniesie.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.