Prentki Blog Motoryzacyjny - Otwarte znaczy wejść? - Prentki Blog Motoryzacyjny
3253
post-template-default,single,single-post,postid-3253,single-format-standard,no_animation,essb-7.4

Otwarte znaczy wejść?

Kiedy ostatnio szukałem w internecie newsów z życia cycków Scarlett Johansson (szczególnie interesuje mnie ten lewy, jest bardziej rubaszny) trafiłem przypadkiem na artykuł o samochodzie „open source”, który (jak zapewniają pomysłodawcy) ma kosztować mniej niż 10 tysięcy złotych. Muszę przyznać, że poważnie mnie to zaintrygowało – dziesięć tysiaków za zupełnie nowy wóz? No bez jaj… Musicie przyznać, że brzmi to naprawdę ciekawie i to nawet jeśli owy samochód miałby wyglądać jak brzydsza i gorzej wyposażona wersja Fiata Multipla.

W sumie to nawet lepiej bo taki wóz byłby prostszy, lżejszy i zwyczajnie brzydki co zapewniało by więcej zabawy i większe pole do popisu przy jego prze lub rozbudowie.

Niestety jednak kiedy zobaczyłem zdjęcia tego open space’a okazało się, że chodzi nie o samochód tylko czterokołowy rower:

Patrzyłem na liche foteliki, ramę zbudowaną ze stelażu od namiotu czy silnik przypominający dmuchawę do liści i zastanawiałem się gdzie do cholery oni upchnęli tu dziesięć tysięcy? Na pewno nie w bagażniku bo bagażnika zwyczajnie tam nie ma. Przecież za 10 tysięcy można kupić pełnosprawnego, używanego Volkswagena Polo, którego nie zbudowano wyłącznie z produktów dostępnych w najnowszej gazetce sieci Decathlon. W jakim świecie więc ten jeżdżący namiot miałby stanowić dla niego realną alternatywę?

Co więcej – zacząłem zastanawiać się jakim sposobem taki ażurowy niczym serwetka ze świątecznego festynu open sauce miałby zaliczyć te wszystkie unijne testy?

Kiedy parę lat temu po pijaku przewróciłem się na namiot koleżanki omal nie udusiłem się żyłką i śledziem, a od spotkania z rurką masztową przez kolejny tydzień nie byłem nawet w stanie pomyśleć o komfortowym siadaniu.

Wyobrażacie sobie więc co by było gdyby taki namiot bez ostrzeżenia wjechał we mnie z prędkością 50km/h?

Zawsze marzyło mi się samodzielne zbudowanie customowego samochodu. Czegoś pokroju hot-roda ze stylowymi wykończeniami z ręcznie kształtowanego aluminium i stali. Z mosiężnymi nitami, mocnym silnikiem, gwintowanym zawieszeniem i wnętrzem obszytym brązową skórą połączoną z wyczochranym, wszędobylskim bobro-zamszem.

Teoretycznie taki open scarface mógłby stanowić fajną bazę dla ludzi, którzy wolne popołudnia zwykli spędzać w garażu – za trzy tysiące euro dostawalibyście pudełko z zupełnie nowym zawieszeniem, ramą, kołami i plastikowym, ażurowym nadwoziem. Wystarczyłoby wywalić ten badziew z tworzywa, połączyć to wszystko w całość a potem pomyśleć nad kolorem tapicerki albo zamontowaniem własnego pomysłu zderzaków. Lub większego silnika.

I nadwozia.

Samochód tworzony w garażach pasjonatów, którzy wprowadzają do niego kolejne indywidualne usprawnienia i dzielą się pomysłami na nie z innymi? Carroll Shelby byłby dumny, nie?

Wybaczcie ale mam mieszane uczucia.

Przede wszystkim chodzi o to, że w założeniu taki samochód ma rozwiązać problem jeżdżących po ulicach starych samochodów. Wybaczcie więc ale nie do końca rozumiem ideę zastępowania sprawdzonych i solidnie wykonanych używanych modeli czymś o absurdalnie prymitywnej i taniej konstrukcji tylko dlatego, że smar w zamontowanych w tym tworze łożyskach jeszcze się nie pobrudził.

Nie lepiej byłoby wspierać ludzi, który w swoich garażach odtwarzają swego rodzaju samochodowy recykling? Wymyślcie samochodowy odpowiednik sklepu IKEA dla wozów z lat 80-tych, a zapewniam Was, że zyskają na tym wszyscy.

Wyobrażacie sobie lekkie, pozbawione ton współczesnych kabli i modułów, krwisto czerwone BMW E30 z zaawansowanym, nowym zawieszeniem i silnikiem 1.6 turbo? Albo Forda Capri napędzanego nowoczesną dwulitrówką od Mazdy? O – albo Mercedesa 190E odbudowanego użyciem pochodzących z przyszłości elementów z najnowszego A45 AMG.

Wiem, że przypomina to trochę bieganie po okolicy i robienie dzieci z każdą ładniejszą sąsiadką jaka tylko się nawinie i nie zdąży uciec, ale taka mieszanka genów naprawdę może dać niezwykle ciekawe efekty.

Pomyślcie o Lancii Thema 8.32 albo Lotusie Omega, a zrozumiecie co mam na myśli.

Za dziesięć tysięcy złotych jestem w stanie kupić połowę nowych części do mojego BMW E36. Jeśli więc Unia zamiast zmuszać mnie do złomowania sprawnego samochodu bo dealerzy nie potrafią sprzedać mi tego ich plastikowego chłamu popracowałaby nad unowocześnieniem tego co już jeździ po drogach mogło by się okazać, że za te trzy tysiące ojro zbudowałbym tylnonapędowy odpowiednik nowego Forda Focusa Ecoboost.

Nie potrzebowalibyśmy tych wszystkich ESP, NATO i WTA. Nie potrzebowalibyśmy foteli z funkcją masażu jąder, radioodtwarzaczy z niebieskimi zębami i radarów rodem z radzieckiego myśliwca.

Wystarczyła by nam niewspomagana kierownica, lekkie nadwozie i nowoczesny silnik generujący moment obrotowy będący w stanie zmienić kierunek obrotu ziemi. Nie byłoby problemu z demontażem starych samochodów, bo zwyczajnie nie trzeba by ich złomować. Na ulicach mielibyśmy same klasyki z chromowanymi wykończeniami generujące niewielkie ilości zanieczyszczeń.

Jestem pewien, że spadłby też problem przestępczości bo wszystkie nastolatki zamiast kraść radioodtwarzacze, pić piwo w internecie i wstrzykiwać sobie marichujanen zastanawiałyby się po prostu, który nowoczesny silnik turbo będzie pasował lepiej do starego Volkswagena Polo odziedziczonego po rodzicach.

Mój plan to naprawdę aż taka abstrakcja?


16 Komentarze

Prentki to taki internetowy, pełen starych samochodów garaż ze starym kalendarzem z gołą babą wiszącym na drzwiach. Prentki to styl życia. To tysiące pokonanych kilometrów, noce zarwane w garażu, wymienione silniki, nieplanowane poślizgi i pourywane zawieszenia – cała ta pasja, która płynie w moich żyłach, przelana na internetowy blog robiony tak zwyczajnie – po mojemu. Sam praktycznie mieszkam w garażu (tak przynajmniej twierdzi Iza), pałam chorą miłością do manualnych skrzyń biegów, uwielbiam również komiksy z serii Dragon Ball oraz chrupki bekonowe (najlepsze!). Sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni gdzie kilka razy w tygodniu bez specjalnego zamysłu przekładam z miejsca na miejsce różne ciężkie rzeczy. Oprócz tego sporo czytam, biegam po górach, eksploruję jaskinie, unikam golenia, trochę gotuję i okazjonalnie śpiewam pod prysznicem piosenki Sinatry. To właśnie ja i moje miejsce w sieci.