Być może trochę Was to zdziwi ale z natury jestem typowym introwertykiem.

Nie mam co prawda jakichś lęków czy fobii społecznych, ani też nie tracę przytomności za każdym razem kiedy mam powiedzieć coś do większej grupy ludzi albo kamery ale nie ukrywam, że nie sprawia mi to szczególnej radochy. Po prostu wymaga to ode mnie sporo wysiłku. Jedni czerpią z takich sytuacji energię i czują się jak w swoim żywiole, a ja wręcz przeciwnie – muszę spiąć poślady i naprawdę sporo się przy tym napocić.

Matka natura zakodowała mnie tak, że opcja posiedzenia w fotelu z dobrą książką albo pościgania się na konsoli nieomal zawsze wydaje mi się bardziej atrakcyjna niż jakakolwiek impreza na mieście.

Nawet jeśli mają tam lać dobre piwo i puszczać stary jazz, a nie tych hałasujących ludzi z MTV.

Jestem po prostu typem samotnika.

Lubię zaszyć się w moim garażu i przy ulubionej muzyce skupić się na budowaniu, naprawianiu albo modyfikowaniu czegoś ciekawego – bez gadania, bez zbędnego szumu i zamieszania. Bez pośpiechu, presji i ciekawskich spojrzeń. Lubię też od czasu do czasu założyć sportowe buty, moją ulubioną, choć wyraźnie zmęczoną życiem bluzę i ruszyć w góry, żeby pobiegać trochę po lesie za towarzystwo mając wyłącznie wiatr i własne myśli.

Byle nie w długie weekendy bo wtedy szlaki górskie są równie ciche i opustoszałe co centrum handlowe w okresie przedświątecznych wyprzedaży.

Nie lubię też rodzinnych imprez.

Siedząc w przyciasnej koszuli na niewygodnym krześle pośród krzyków i śmiechów, mając po bokach ciotki, które widuję chyba wyłącznie na pogrzebach czuję się jak jakiś jeniec na wyjątkowo nieprzyjemnym przesłuchaniu.

Cały pokój jest zalany światłem, co chwila łypie na mnie jakaś siedząca nieopodal ciotka Jadwiga, która brwi reguluje za pomocą flamastra, a wszystkie rzeczy, które od biedy miałbym ochotę zjeść dziwnym trafem znajdują się dokładnie na drugim końcu stołu. Stołu, który ktoś przykrył tym okropnym, koronkowym obrusem z epoki wczesnego gierka.

Nienawidzę tego pasjami.

W zasadzie jedyną osobą, przy której czuję się komfortowo i w pełni swobodnie jest Iza. Mogę po prostu siedzieć obok niej i udawać, że interesuje mnie jakiś tragiczny film, który leci akurat w telewizji, rozmyślając w tym czasie o nie dającej mi spokoju regulacji gaźnika i jest mi z tym naprawdę bardzo dobrze.

Dzięki niej zwyczajnie ładuję swoje baterie – wystarczy, że jest gdzieś w pobliżu i od razu czuję się znacznie lepiej. Nawet jeśli nie robimy w tym czasie niczego szczególnego.

Jest jeszcze inna sprawa związana z rodzinnymi imprezami – pomimo, że nasza rodzina jest naprawdę spora (szczególnie ta od strony Izy) nie ma w niej chyba ani jednej osoby, która podobnie jak ja interesowała by się motoryzacją. Skutkuje to tym, że jeśli nawet rozmowa przy pełnym sałatek z groszkiem stole zejdzie jakimś cudem na samochody to i tak będzie przypominała co najwyżej współczesną interpretację twórczości Monty Pythona.

Kiedyś na przykład ktoś zapytał „czy w tym moim bordowym Fordzie mam diesla”.

Pomylenie Escorta Cabrio z BMW e36 coupe jeszcze bym od biedy przeżył (ja nie rozróżniam na przykład tych wszystkich srajfonów i innych tabletów, którymi interesują się dzieciaki w gimnazjum) ale na boga – nie odróżniać dźwięku rzędowej, prawie trzylitrowej, benzynowej szóstki z przelotowym wydechem od pospolitego klekota na ropę?

Po co w ogóle ktoś zadaje takie pytanie skoro i tak ma to tak bardzo głęboko w pewnym ciemnym otworze?

To tak jakbyście poszli na premierę do teatru, a następnie zapytali siedzącą obok kobietę w eleganckiej sukni i naszyjniku z pereł gdzie tu można kupić popcorn i tacosy.

A następnie wyszli w połowie spektaklu stwierdzając na głos, że awendżersi w 3D byli w chuj lepsi niż to.

Życie z motoryzacyjnym świrem w rodzinie z pewnością nie jest łatwe. Wszędzie walają się części, przynajmniej jeden z samochodów ciągle jest rozgrzebany, a wolne wieczory to niekończące się pasmo discovery i kanału eurosportu, „bo dzisiaj Makau”.

Z drugiej strony nam też nie jest łatwo.

W normalnym świecie miejsca dla nas jakby tak z każdym dniem coraz to mniej…

17 Komentarzy

  1. radosuaf 8 grudnia 2015 o 15:57

    Hły, hły, słynna legendarna rzędowa szóstka… ;)

    1. Tommy 9 grudnia 2015 o 07:12

      Jakby na to nie patrzeć to jeden z bardziej charakterystycznych dźwiękowo silników – serio nie wiem jak można pomylić to ze starym dieslem ;)

      1. radosuaf 9 grudnia 2015 o 08:40

        W życiu nie słyszałem na żywo – tylko diesle albo 4-cylindrówki, albo V12 :D. Więc nie mogę się wypowiedzieć…

        1. Tommy 9 grudnia 2015 o 08:42

          To coś równie charakterystycznego jak boksery subaru albo 5 cylindrówki od Audi – trudno pomylić to z czymkolwiek innym ;)

  2. M 8 grudnia 2015 o 17:47

    „Jak nietrudno się domyślić gówno z tego wyszło bo byłem wtedy nastolatkiem więc picie piwa i bajerowanie cycatej Sandry na imprezach i ogniskach okazało się droższe niż zakładał scenariusz.

    Na imprezowanie, opalanie się i picie alkoholu rozpierdzieliłem więcej pieniędzy niż Grecy,”

    Wpis z Twojego innego artykułu…. To w końcu byłeś imprezowiczem czy samotnikiem bo widzę, że wersje zmieniają się jak w kalejdoskopie :P

    1. Tommy 9 grudnia 2015 o 07:20

      To zależy od tego jak definiujesz imprezowanie ;)

      Dla mnie imprezowanie to była bardzo mała, zgrana paczka (warunkiem przynależności była jakaś zaawansowana choroba psychiczna – z moim niedorozwojem miałem szanse na stołek prezesa) i biwaki nad jeziorem, ogniska w środku lasu albo całodniowe wylegiwanie się przy piwie na dachu altanki na działce jednego z kumpli. Przewracanie się na rowerach, budowanie w zaciszu garażu motorynek i siedzenie w ciszy na szczycie zapory.

      I patrzenie na zachód słońca z zimnym desperadosem w dłoni…

      Zdecydowanie samotnikiem – zaufanych kumpli z którymi czułem się dobrze miałem może pięciu. W stosunku do reszty świata zawsze wolałem samotność ;)

  3. Szczypior 8 grudnia 2015 o 19:35

    Mi tam często brakuje towarzystwa obok siebie, ale z drugiej strony ja nie mam swojej Izy, więc może to i przez to. Poza tym mógłbym skopiować Twój wpis i wkleić u siebie i nie wygrałbyś sprawy o prawa autorskie :D Co do imprez rodzinnych to mam o tyle fajnie, że moja młodsza kuzynka ma gitarę elektryczną, więc się po prostu zamykam w jej pokoju i napierdalam :v

  4. Jawsim 8 grudnia 2015 o 22:02

    Bo tak właśnie jest. Imprezy rodzinne są do dupy z wielu powodów. Zwłaszcza te u mnie w domu- a odkąd chora babcia u mnie mieszka (a niech mieszka i sto lat, złota kobieta) to sporo spędów odbywa się właśnie u nas. Już pomijam piszczące dzieciaki i ciotki,które za punkt honoru wzięły sobie by mnie upić (ciotki są spoko, picie-mniej) ale zawsze pojawia się ten sam problem u odwiedzających- „czemu pod waszym domem jest tyle samochodów!? nie ma gdzie zaparkować! Czemu jest aż pięć aut? Hmm,no cóż… owszem- pod moim domem stoi pięć moich fordów- w różnej konfiguracji- podjazd,pobocze-chodnik- itp. Mój ojciec (użytkownik jednego z tych pięciu-escorta mk4) często złośliwie odpowiada : „stoi pięć bo szósty jest jeszcze u lakiernika” :P Mi też w zupełnej ości wystarcza towarzystwo mojej lubej, wystarczy, że siedzi sobie w grg w aucie gmerając w necie (wyjątkowo komfortowo jest na przykład w Sierrze), co jakiś czas czyta ciekawsze fragmenty „oh! Prentki znowu pisze,że ma penisa- czyli pewnie nie ma bo zaczęsto o tym nadmienia..”.
    A w tym czasie Radmor lekko trzęsie kolumnami…i ten drugi ampli też trzęsie kolejnymi… no generalnie to takie jest małe sanktuarium. Nawet jak nie ma nic do roboty to można zrobić drewniany stojak na gwintowniki, albo porobić porządki z gratami wrzucanymi do pudła z napisem „do posegregowania” … Taak. Nie jesteś jebnięty- jesteś tak samo normalny jak ja :D

  5. Sobieski 8 grudnia 2015 o 22:17

    Do ludzi którym ten artykuł jest bliski: też odnosicie wrażenie że lepiej znacie się lepiej czy też zżywacie się z ludźmi pracującymi w hurtowni motoryzacyjnej lub sklepach z narzędziami.
    Chodzi mi o to że córka Zbyszka przechodzi swój pierwszy zawód miłosny o to że Karolinie z narzędziowego chyba oświadczy się chłopak lub Krzysiek z lakierniczego ma doła od czasu jak zachorował mu jego pies.

    1. Tommy 9 grudnia 2015 o 07:23

      W sklepie z częściami mam już własny kubek na kawę – spędzam tam tyle czasu, że jak tak dalej pójdzie to jeszcze zaczną wypłacać mi pensję ;)

    2. Nielubiediesli 9 grudnia 2015 o 21:57

      Ba, ostatni raz płakałem w punkcie sprzedaży oleju. Razem ze sprzedawcą.

  6. Jawsim 8 grudnia 2015 o 22:23

    No ja niezbyt- jako posiadacz samych grubo ponad 20letnich aut nie jestem ulubieńcem ludzi ze sklepów moto- zawsze przeze mnie muszą szukać w analogowych katalogach,albo iść na saaam koniec magazynu :P

    1. Anonim 8 grudnia 2015 o 23:14

      To ciekawe bo jak zajechałem bandziorem pod sklep z narzędziami pierwszy raz to właściciel kazał pracownikowi dać 20% rabatu dla mnie.

      1. Tommy 9 grudnia 2015 o 07:24

        Widać trafiłeś na właściciela, który jest tak samo jebnięty jak my ;)

        1. Sobieski 9 grudnia 2015 o 21:26

          Jakbyś pojeździł po naszym miesicie (BB) kantem czy polonezem zobaczyłbyś maskę kciuków w górze czy bicia braw przez innych ludzi nie raz jeżdżących nowiutkim audi czy czymś podobnym.
          Więc nie tyle jebnięci co zakręceni ;)

  7. Dapo 9 grudnia 2015 o 08:54

    Jak ktoś pyta Cię o samochód pomimo tego że wcale się na tym nie zna to na 99% robi to z czystej uprzejmości. Dlatego trzeba „z uprzejmości” docenić ten fakt. Może to przecież oznaczać ze pomimo Twojej dziwnej pasji motoryzacyjnej prawdopodobnie Cię lubi.

    1. Tommy 9 grudnia 2015 o 08:57

      Spoko – jestem też aspołeczny więc nie ogarniam takich niuansów ;)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.