Kiedy byłem jeszcze trochę mniejszy (i bardziej rubaszny nawiasem mówiąc) żyłem w przekonaniu, że jestem stworzeniem absolutnie nieśmiertelnym, nietykalnym i odpornym na przeciwności świata w stopniu przynajmniej średnio zaawansowanym. Byłem przekonany, że wyjdę cało z każdej opresji i nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie stawiłbym czoła. Atak zombi? Phi… Upadek z wysokości? Wymyśl coś co będzie stanowiło jakiekolwiek wyzwanie.

Byłem jak Czarodziejka z księżyca i Yataman w jednym.

To uczucie wszechmocy pojawiało się w mojej głowie najczęściej na chwilę przed walnięciem ryjem o ziemię (kiedy na przykład wpadłem na pomysł skakania z jakiegoś bardzo wysokiego drzewa – bo w końcu nic złego się przecież nie może stać co nie?) albo też tuż przed slajdem zwłokami po szorstkim asfalcie – po tym jak skocznia z nadgnitej płyty wiórowej i kupki podpierdzielonych z pobliskiej budowy cegieł okazywała się jednak nie do końca przemyślanym projektem inżynieryjnym grupy pojebanych dziesięciolatków mających trociny zamiast mózgu.

Mimo wszystko nawet te połamane kończyny, zdarte kolana i przebite płuca nie były w stanie wybić mi z głowy przekonania, że tak naprawdę nic strasznego nie ma prawa mi się stać.

No bo co – co najwyżej trochę się poodzieram (jak zwykle z resztą), potargam spodnie i pójdę do domu dostać wpierdziel od ojca za połamany rower.

Z resztą już trzeci w tym miesiącu…

Kiedy tak patrzę teraz wstecz na to co działo się wówczas w mojej głowie, dochodzę do wniosku, że chyba byłem autystycznym dzieckiem (a na pewno trochę niedorobionym). Dziś patrzę na życie zupełnie inaczej. Szczerze mówiąc mocno wyprostowała mnie świadomość, że przynajmniej kilka osób, z którymi jeszcze stosunkowo niedawno piłem wspólnie oranżadę ze szklanej butelki (butelki z doliczoną kaucją oczywiście) na szkolnym boisku, dziś już nie żyje.

Nie ma ich.

Z dnia na dzień świat o nich zapomniał.

Pomyślcie jaka to abstrakcja… Kiedyś dzieciaki – zupełnie takie jak ja i Wy… Potem nastolatki i wspólne ogniska na skraju pobliskiego lasu. Wspólne konspiracje jak tu w sklepie kupić piwo i pierwsze „wypady” na podryw na zlokalizowany stosunkowo niedaleko miejski basen. Chłopaki z którymi witałem się na ulicy radosnym „siema!” i z którymi kopałem piłkę jak gdyby nigdy nic, nie zważając na wszystko dookoła…

Dzisiaj nie żyją.

Młodzi ludzie, którzy nigdy już nie dorosną.

Jeden z moich znajomych zginął na przykład w wypadku na motorze mając mniej więcej siedemnaście lat. Po prostu uznał, że kask na taką krótką przejażdżkę się mu nie przyda. A tu jak na ironię przydał by się i to bardzo…

Ciekawe co miał zamiar robić później. Co planował. Jak chciał spędzić weekend…

Wyobrażacie sobie coś takiego? Że ktoś z Waszych przyjaciół, z którymi przed chwilą rozmawialiście przez telefon nigdy więcej już nie zadzwoni? Nie podrzuci Wam tych obiecanych filmów ani nie przyjdzie, by jak zwykle napić się z Wami piwa i zwyczajnie trochę pogadać?

Nawet czapka, którą ów ktoś zostawił przypadkiem na Waszej kanapie nagle stałą się zupełnie pozbawiona sensu. Jak pies, którego Pan zniknął z dnia na dzień tak jakby nigdy w ogóle go nie było.

Kiedyś – jak już z resztą wspominałem, przez długi okres czasu uważałem, że latając starym maluchem po okolicznych polach i lasach jestem równie niezniszczalny jak plastikowe, zgrzewane opakowanie noża z castoramy, który to kupiłem w zeszłym tygodniu (nawiasem mówiąc – po jaką cholerę pakować nóż w niezniszczalne opakowanie, które można otworzyć tylko cholernie ostrym nożem? Gdybym taki miał to przecież nie kupowałbym drugiego).

Jednak po jakimś czasie, kiedy zobaczyłem na żywo kilka wypadków i dotarła do mnie świadomość jak niewiele trzeba żeby dość ciekawie zapowiadająca się komedia, którą nazywam moim życiem urwała się nagle (albo też z powodu jednego ruchu kierownicą za dużo zmieniła się w dramat) zacząłem dużo bardziej uważać na to co robię.

I co chyba nawet ważniejsze – na to co robią inni.

Może to zabrzmi śmiesznie, ale kiedy jadę przez jakąś osiedlową uliczkę zachowuję się zazwyczaj jak myszołów nafaszerowany LSD i drażami rumowymi. Zerkam wszędzie przeskakując wzrokiem z lewa na prawo i za każdym zaparkowanym przy chodniku samochodem wypatruję jakiegoś dzieciaka czekającego tylko na to, żeby wybiec mi pod koła. Zwracam uwagę na zachowanie pojazdów zbliżających się z podporządkowanej i niczym psychopata-podglądacz śledzę wszystko to co dzieje się za mną w lusterku wstecznym.

Nie żebym kreował się na jakiegoś super kierowcę – ja po prostu mając świadomość ewidentnych braków w moich umiejętnościach i nieprzewidywalności pewnych sytuacji zostawiam sobie margines tak duży jak to tylko możliwe.

Na niektóre sytuacje nie mamy wpływu. Nikt nie wie czy podczas sielankowego, jesiennego grzybobrania w pobliskim lesie nie spadnie mu na głowę jakiś płonący tupolew. Albo gość w śmiesznym skafandrze z zamontowanymi wszędzie kamerami i naklejką RedBulla na plecach.

Wolna wola jest nie tylko darem, ale też wielką odpowiedzialnością.

Nie zapominajcie, że odpowiadacie też za innych.

Jakby na to nie patrzeć mam dwadzieścia parę lat i nadal żyję. To swoisty ewenement, bo gdybyście mogli zobaczyć choćby jeden losowy dzień z mojego dzieciństwa to zapewniam Was – u bukmachera nie dawalibyście mi więcej niż dwa miesiące życia, w porywach do trzech.

Samochód w sposób szczególny wymaga rozwagi. Owszem – często zdarza mi się pokonać jakiś zakręt slajdem albo przyciąć z trochę nadprogramową prędkością fajnie wyprofilowaną szykanę. Robię to jednak w miejscach, w których mam pewność, że „teren jest czysty” i zawsze zostawiam sobie duży zapas na korektę ewentualnych błędów.

Kręta droga to nie tor Silverstone – nie można iść na niej pełną bombą, bo tu pułapka żwirowa ma z reguły osiem metrów i nazywa się sosna.

Sportowy styl jazdy w codziennym życiu?

Jak najbardziej – to w końcu świetna zabawa.

Ale zawsze z priorytetem na dotarcie do mety.

1 Komentarz

  1. wojtek 27 lutego 2013 o 08:30

    mimo ze wypadek w swoim zyciu mialem jeden (wtedy jeszcze nie za kierwonica) i 2 niegrozne stluczki to jednak podzielam twoje zdanie i tak samo staram sie uwazac za wszystkich dookola. niestety, nie kazdy zdaje sobie sprawe z tego co robi za kierownica. ktos moze powiedziec ze ogladanie filmikow z wypadkami samochodowymi jest chore – ja sie ucze tego co jeszcze moze sie stac
    pzdr!

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.