Prentki Blog Motoryzacyjny - Masz duszę artysty? Zostań blacharzem!
4526
post-template-default,single,single-post,postid-4526,single-format-standard,no_animation

Masz duszę artysty? Zostań blacharzem!

Musicie wiedzieć, że jeśli mężczyzna z własnej, nieprzymuszonej woli bierze się za uprawianie jakiejś sztuki (w szczególności czegoś związanego z tańczeniem, malowaniem, szyciem albo używaniem koła garncarskiego) to z automatu budzi to we mnie podejrzenia wskazujące na „istnienie pewnych rozbieżności pomiędzy jego zadeklarowaną, a rzeczywistą orientacją seksualną”.

Myślę, że wiecie co mam na myśli.

Wyjątkiem mogą tu być niektóre gatunki muzyki („The rat pack”, S. Barber, The Who), czy dajmy na to – rzeźba w drewnie (o ile jednak w kręgu zainteresowań i inspiracji artysty są niedźwiedzie grizzly, a dajmy na to – penisy).

Co więcej, poświęcenie wolnego wieczoru na wyjście do jakiejś galerii sztuki, gdzie spędza się kilka godzin na piciu okropnego wina i przyglądaniu się drzwiom od toalety, bo nikt nie uprzedził Was, że nie są one częścią instalacji artystycznej uważam za totalny bezsens.

Na takich wystawach nigdy nie wiem co powinno mnie zachwycać, a co nie, więc w efekcie potrafię spędzić godzinę gapiąc się na zaparkowany obok wejścia rower.

Potem przychodzi jakiś hipster i jedzie nim do domu, a ja odkrywam, że zmarnowałem godzinę swojego życia na kontemplowane metafizycznych aspektów bytu i marności egzystencji zawartych w formie zużytego dynama.

Dlatego też z wyraźną ignorancją reaguję na wszelkiego rodzaju festiwale muzyki etnicznej i wejściówki na spotkania artystyczne, na którychś jakaś dziwnie ubrana baba rzuca przypadkowymi, groźnie intonowanymi słowami, a siedzący dookoła ludzie kiwają w tym czasie głowami przybierając trudny do określenia wyraz twarzy.

Coś pomiędzy płaczem gdy ktoś przypadkiem uderzy Was w jaja, a wybuchem radości gdy otwierając lodówkę zorientujecie się, że jest w niej butelka zimnego piwa, o której zupełnie zapomnieliście.

Podejrzewam, że każdy kto jest w stanie wytrzymać tam dłużej niż 10 minut musi mieć poważny problem z narkotykami.

Dziś obcowanie ze sztuką zdaje się być dostępne przede wszystkim dla ludzi, którzy mają zbyt wiele wolnego czasu albo zbyt wiele wolnych pieniędzy. Albo jedno i drugie, bo to często elementy ze sobą powiązane.

Jeśli jednak każdego dnia wstając z łóżka cieszycie się na to gdzie się dziś wybierzecie, macie w głowie plany, żeby ogarnąć jakiś projekt, musicie wykonać jakąś absorbującą pracę albo zastanawiacie się nad tym z kim i gdzie spędzicie jutrzejszy wolny dzień to sztuka przez duże „S” jest Wam najzwyczajniej do niczego niepotrzebna.

W takim wypadku kontakt ze sztuką możecie ograniczyć do kupna ładnej lampy do salonu i będzie to w jak najlepszym porządku.

Owszem – warto znać kanon Pachelbela albo dzieła Velazqueza żeby nie wyjść na kogoś, kto jeździ beemką i połowę życia spędza w garażu ale poświęcanie wolnego czasu na chodzenie do klubu samozwańczych poetów spisujących w swoich notatnikach zupełnie przypadkowe zlepki słów bez znaczenia, jest już w mojej ocenie całkowitą stratą czasu.

Ostatnio jednak zgłębiam nową dziedzinę sztuki, o której póki co mówi się raczej niewiele, czyli jak się pewnie domyślacie – motoryzację.

Wiem oczywiście, że nie powiedziałem w tej chwili niczego odkrywczego bo wiele jest wystaw, sympozjów i albumów poświęconych stylistyce klasycznych samochodów, współczesnym projektantom albo nowym trendom we wzornictwie i designie samochodowym.

Zauważyłem jednak, że zdecydowana większość z nich skupia się na samochodzie jako na całości.

Pomyślcie sami – wchodząc do pierwszej lepszej księgarni możecie wybrać coś spośród kilkudziesięciu albumów, książek i leksykonów zawierających zdjęcia różnych modeli Ferrari oraz dotyczące ich teksty (napisane jak podejrzewam przez gimnazjalistę, który nigdy w życiu nie widział na oczy samochodu).

Pełno tam zwrotów w stylu „ponadczasowy”, „przełomowy” czy „klasyczny”, które w odniesieniu do samochodów znaczą mniej więcej tyle co „Bob wykazał się ogromnym zaangażowaniem, a wszelkie powierzone mu zadania wykonywał z najwyższą starannością” w liście referencyjnym.

Płytki, bezduszny, bezwartościowy bełkot, który nikogo nie interesuje i nie wnosi do życia absolutnie nic.

Zauważcie, że praktycznie nikt nie próbuje postrzegać samochodów jako zbioru rozwiązań współczesnej inżynierii. Jako mechanicznych organizmów składających się z milionów genialnych, rozwiniętych na przestrzeni lat, współdziałających elementów i części.

Dziś te wszystkie lata zastąpiono słowem „sprawdzony” w ulotce lokalnego dealera Opla. Nikt nie robi wystaw przedstawiających ewolucję sprężarek. Nie wystawia się w szklanych gablotach pierwszych wersji gaźników edelbrock. Najczęściej spotkacie je na zakurzonej półce w garażu jakiegoś pasjonata.

Spójrzcie na 911 67S RT zbudowane przez Magnusa Walkera. Spójrzcie na wykończenia błotników, korek wlewu paliwa i obłędną tylną klapę. Spójrzcie na perfekcjonizm i pietyzm z jakim podchodzi do swoich projektów – jak dla mnie gość powinien dostać na swój warsztat takie samo dofinansowanie jak miejskie muzeum, bo to co w nim wyrabia już dawno przestało być po prostu renowacją samochodów.

Pomyślcie sami – niedawno widziałem w telewizji program o ewolucji czajników (czajników!!!), a nikt nie wpadł dotąd na pomysł, żeby przyjrzeć się temu jak na przestrzeni lat zmieniały się komory silnika w samochodach sportowych.

Ludzie wolą pokazać zamkniętą maskę i napisać o tym, że za jej linię odpowiada jakiś włoski stylista, który skończył studia w College of Art, i który wcześniej zaprojektował też maskę dla jakiegoś brzydkiego modelu volvo.

Wszyscy rozpisują się o tym jak wspaniale dany wóz się prowadzi ale czasy, kiedy przyczyny tego stanu rzeczy argumentowano genialną konstrukcją tylnego zawieszenia, zastosowaniem lekkich wahaczy wykonanych z jakiegoś nietypowego stopu albo doskonałym wyważeniem nadwozia przeminęły bezpowrotnie.

Dziś decydenci pod wpływem szeptów dziwnie uczesanych kobiet z działu marketingu noszących okulary z grubymi ramkami doszli do wniosku, że taka wiedza może nas zwyczajnie przerazić. „Przecież nie powiemy im, że nasz nowy model ma potrójne wahacze bo wystraszą się, że to skomplikowane i drogie w obsłudze – lepiej powiedzmy im po prostu, że nasz wóz doskonale się prowadzi!”.

Dziś nikogo nie interesuje sposób łączenia blach wewnętrznego nadkola. Nikt nie wspomina o tym jak obłędną formę ma sportowy kolektor wydechowy i jakiego kunsztu wymaga szeroko rozumiane blacharstwo.

Co boli mnie szczególnie mocno – nie mówią o tym nawet ludzie, dziennikarze i redaktorzy, którzy stanowią naturalny łącznik pomiędzy producentami samochodów, a nami – szarymi ludźmi, którzy za sprawą czterech kółek starają się ubarwić sobie nieco tę przyziemną egzystencję.

Może to wydawać się Wam mocno naciągane, ale kiedy w sobotni poranek, za pomocą nożyc do blachy i odpowiednio wyprofilowanego młotka wyklepywałem element tylnego narożnika w pomarańczowej Aranci, czułem się jakbym właśnie tworzył element jakiejś cholernie skomplikowanej rzeźby.

Dzieła sztuki.

To nie jest ulotka Opla. To ręcznie ukształtowany kawałek chłodnego metalu, który pozwoli mi odtworzyć fragment nadgryzionego zębem czasu nadwozia.

Jestem pieprzonym Leonardo DiCaprio!

Czy jak tam było temu gościowi od prehistorycznych paralotni.

Inżynieria wciąż żyje. Pod tym nawałem plastiku, gumy i innych tworzyw sztucznych wciąż bije metalowe serce. Wciąż są tam wahacze, sworznie i łożyska. I w mojej ocenie warto o tym pamiętać, pomimo że z każdym dniem coraz skrzętniej się ją ukrywa.


11 Komentarze
  • Jurek - Listopad 10, 2014

    Inżynieria nie umrze, no chyba że świat umrze, to ona też… Inżynieria to też te cholerne plastiki, gumy, szyby. Z dna jeziora takich rzeczy nie wykopują, tylko tak jak ze wszystkim – projekt detalu, projekt oprzyrządowania, badania, produkcja maszyn do producji, a potem dopiero z takiej wtryskarki wyjdzie klosz bocznego kierunkowskazu. Tak w ramach upierdliwości, chociaż pierwotny przekaz był nieco inszy ;).

  • Toldi - Listopad 10, 2014

    Z Magnusem Tommy dowaliłeś :) zdjęcia na Stance zacne :) ale nie ukrywam zaskoczony byłem że tam zaprezentowane jest auto na wózku a nie na kołach ale byleby do końca :) ale prawdą to, że przed gościem chyle czoła: http://magnuswalker911.blogspot.com/2014/11/67-srt.html

    • Tommy - Listopad 11, 2014

      Akurat zgrało się z publikacją na SW ale polecam Ci zapoznać się z jego starszymi projektami (chociażby czarnym 911 i sesją zdjęciową "desert outlaw" bo to istne porno).

      Poszukaj też informacji o jego pracowni bo ta (a szczególnie jej część mieszkalna) również robi niesamowite wrażenie ;}

  • 0125gd - Listopad 11, 2014

    hmm… w naszym kraju definicja „blacharstwo”, nigdy nie będzie kojarzło się z poważną sztuką, chyba że fekalo-plastyką czyli rzeźbieniem migomatem w g… . A to za sprawą tego że każdy krajowy „blacharz” jest utożsamiany z panem Mietkiem co dachy spawa, ćwiary wstawia albo łączy połówki i bez mrugnięcia okiem, z kamienną twarzą, bez żadnych moralnych wyrzutów wypuszcza taką rzeźbę w trasy…

  • Bartosz - Listopad 12, 2014

    Smutne ale prawdziwe, niestety ten "łącznik" pomiędzy nami a producentami samochodów, o którym wspominasz nie działa tak jak należy, rzetelni dziennikarze to gatunek zagrożony wyginięciem.

    • Tommy - Listopad 12, 2014

      Problem polega na tym, że jeśli taki rzetelny dziennikarz napisze o nowym Oplu nie do końca to, co chciałby usłyszeć producent, to nastęnym razem nie znajdzie się on na liście dziennikarzy zaproszonych na prezentację i testy kolejnego modelu (z reguły odbywające się w jakimś fajnym 5 gwiazdkowym hotelu na południu Europy).

      Trochę więc im się nie dziwię, że pisząc swoje artykuły bazują w dużym stopniu na materiałach otrzymanych z działu PR producenta…

  • MSK - Listopad 12, 2014

    Ten tekst przypomniał mi dzisiejsze uliczne znalezisko. Był to Fiat 126p z tylną klapą z jakiegoś przeźroczystego plexy. Zaintrygowało mnie to na dłuższą chwilę w przeciwieństwie do klombu z kawiatami o który się prawie potknąłem kontemplując alegoryczne znaczenie tejże pokrywy silnika.

  • rebel - Listopad 13, 2014

    Tommy, Magnus jest fenomenalny ale i u nas są ludzie nieustepujący mu wiele – będący mistrzami angielskiego koła i spawania gazowego stosujący prawie całkiem zapomniane tradycyjne techniki odbudowy samochodów – http://california-look.pl/olowiowanie-lead-work/ 

    Niestety mało kto w Polsce ma jednocześnie takie zajawki motoryzacjne i kasę, żeby zatrudnić takiego artyste blacharza na pół roku, żeby mu zrobił auto do 'show condition'… 

  • rrrr - Listopad 15, 2014

    Przyznaje się bez bicia, ze gdyby nie słownik totalnie byście mnie nie zrozumieli (piękna rzecz). Siedzę na kiblu na jakieś imprezie autorskiej. Nie dlatego ze mam potrzebe (jedna bądź druga), lecz dlatego, że oblalem się piwem. Grubo. Chyba juz wyschlo. Życzcie mi pozdrowienia. Pozdro . Prentki – dzieki ze jesteś.

  • cha - Listopad 20, 2014

    początkowo myślałem, że wpis jest o zbigniewach, mieczysławach – blacharzach, którzy w szopach klepią rozbite auta z zachodu, tymczasem ogromny + za zdjęcie bezdusznego piętna, jakim jest użyteczność samochodu w motoryzacji, zamiast kontemplowania go jako sztuki – i to różnorodnej sztuki współczesności

  • Lukasz - Luty 1, 2016

    Dusza artysty, to jak renowacja starych samochodów, ale zaprojektowanie samochodu. Moim zdaniem nie wystarczy być tylko blacharzem, bo przecież wyklepuję się element do określonego, ustalonego wyglądu, no nie? :)

Dodaj komentarz:

Chrupki sponsoruje:

Archiwum wpisów

#postępyRobię bezpieczeństwo blog bmw cabrio czas wolny e36 escort facet felgi felieton fotorelacja garaż hobby jazda kobieta konkurs lakierowanie maluch marzenia motoryzacja mężczyzna naprawa odbudowa pasja poradnik prentki przepisy radość remont samochody samochód silnik test trening tuning wybór zabawa zdjęcia życie