Jeśli śledzicie prentkiego regularnie to wiecie, że sporą wagę przywiązuję do czegoś co można by określić mianem „zdrowego stylu życia”.

Nie oznacza to oczywiście, że jestem zwolennikiem żywienia się wyłącznie żywopłotem sąsiada albo innych tego typu „modnych” dewiacji.

Nie mam również nic przeciwko wypiciu od czasu do czasu dobrego piwa albo szklaneczki szkockiej, czy też zjedzenia posiadającego wartości odżywcze kawałka starej opony hamburgera. Zdarza mi się też robić rzeczy skrajnie niebezpieczne, nieodpowiedzialne i ryzykowne – w końcu jestem facetem, a my faceci tak mamy. W naszym wykonaniu nawet przyrządzanie jajecznicy może niespodziewanie przekształcić się w niezły film wojenny.

Jednak pomimo tych męskich ułomności, w które wyposażyła mnie matka natura sporo czasu spędzam na zlokalizowanej na poddaszu siłowni, biegam sobie po górach i pracuję nad tym aby mój średnio rozgarnięty umysł za bardzo nie zardzewiał. I choć staram się dbać o swoje zdrowie i sprawność fizyczną, wiem jak wielkie opory mam przed wybraniem się do lekarza – na przykład kiedy któraś z moich kończyn zaczyna wyginać się nie w tę stronę co zwykle.

Szczerze mówiąc wizyta w gabinecie lekarskim jest dla mnie tak skrajnie nieatrakcyjna, że zmotywowałem się do niej dopiero kiedy moja noga zaczęła przeszkadzać mi w naciskaniu pedału gazu.

Rozumiecie – sytuacja stała się krytyczna.

Niestety jednak zdaję sobie sprawę, że za kilka lat noga może okazać się najmniejszym problem zdrowotnym z jakim będę mógł się borykać. A to dlatego, że z tego co zauważyłem, większość mężczyzn po 35 roku życia zwyczajnie zaczyna się psuć i odpadają im siusiaki. Dają o sobie znać te wszystkie zarwane noce, wypite drinki, zignorowane bóle i gleby na snowboardzie.

Ponieważ jednak wybranie się do lekarza jest postrzegane jako przyznanie się do jakiejś słabości, mało który z nas decyduje się na to żeby sprawdzić, czy z jego mechaniką aby na pewno wszystko jest ok.

No bo powiedzcie sami – wyobrażacie sobie coś bardziej zniewieściałego niż wybranie się do lekarza „tak na wszelki wypadek”? Żeby zrobić sobie zestaw badań i kilka monochromatycznych zdjęć? Tak profilaktycznie?

Dlaczego jednak poruszam ten temat – być może czytaliście już, że do Polski wjeżdża obecnie akcja o nazwie Movember. Piszę o niej dość późno ale jeśli śledzicie inne blogi motoryzacyjne to pewnie już nadzieliście się na zdjęcie volkswagena z przyklejonymi wąsami:

W dużym uproszczeniu Movember to inicjatywa mająca zachęcić mężczyzn do wybrania się na badania profilaktyczne. Można powiedzieć, że to przecież nic nowego bo tego typu akcji społecznych jest od groma, jednak Movember ugryzł temat od naprawdę fajnej strony.

Bo widzicie, Movember (podobnie jak Tadeusz) stawia na wąsy. Co nie Tadeusz?

I teraz tak – żebyście nie myśleli sobie, że będę tu prawił przekolorowane morały rodem z notatki prasowej.

Z publikacji wpisu nie mam nic. No może poza świadomością, że w jakiś tam sposób mogę przyłączyć się do fajnej inicjatywy.

Cała akcja po prostu idealnie pasuje do mojego światopoglądu.

Są w niej wąsy, samochody i parcie na to, żeby nie dać się wyeliminować przez jakąś działającą z zaskoczenia gnidę. Po drugie, nie chcę brać pieniędzy za coś, co moim zdaniem jest po prostu fajne i warte wsparcia.

Żeby jednak nie przynudzać Was tu marnymi dylematami etycznymi – w całej akcji chodzi o to, żeby postawić na wąsy, czyli odwieczny atrybut męskości.

Męskości, która nie boi się lekarzy i zwyczajnie wyprzedza ciosy przeciwnika.

Tutaj macie sympatyczny film promujący całą akcję:

Na stronie BeenEverywhere znajdziecie też fajną aplikację, która zeskanuje Waszą twarz i da Wam dostęp do ciekawych rzeczy pod warunkiem, że skaner odnajdzie na Waszej twarzy wąsy.

Szczerze mówiąc zapuszczam je od tygodnia (razem z brodą ale zawsze) tylko po to, żeby sprawdzić czy to faktycznie działa.

I tak drogą wyjaśnienia – nazwa tej akcji pochodzi od słów Moustache (oznacza to wąsy jakby ktoś nie znał angielskiego) oraz November (to znaczy bakłażan).

Chodzi o to, żeby w listopadzie zapuścić wąsy, które stanowić będą symbol walki z chorobami, które mogą przedwcześnie wyeliminować nas z gry. To więc doskonały pretekst żeby sprawdzić czy z wąsami wyglądalibyście równie dobrze co Daniel Day Lewis w „Gangach Nowego Jorku” (jeśli Wasza kobieta będzie nalegać żebyście je zgolili, możecie powołać się na szczytny cel), oraz aby w końcu zebrać się w sobie i odwiedzić lekarza.

Na serio – pomyślcie nad tym.

W tym roku dowiedziałem się o tym nieco za późno ale za rok wąsy zapuszczam już od pierwszego. I oczywiście zapisuję się na badania. Ot tak, na wszelki wypadek.

Jeśli coś się na mnie czai, to chcę być przygotowany.

4 Komentarze

  1. humanlife 26 listopada 2013 o 11:30

    Co do Twojego podejścia do lekarzy to nie ukrywam mam tak samo i jest to zło konieczne, do którego zmuszony jestem gdy np już ruszyć się nie mogę.
    Dodam też, że głównym powodem postrzegania tego jako zło jest też tracenie czasu na czekanie, co w naszej służbie zdrowia jest niestety wszechobecne. Dlatego też uważam, że to główny powód unikania lekarzy. Czyż nie każdy z nas by poszedł na badania kontrolne, gdyby zajeły one 5-10 minut ale bez czekania na nie 2-3 godzin??

     

    1. Piotrek 26 listopada 2013 o 15:39

      Ja zamiast na badania kontrolne chodzę oddać krew,

      przy okazji badania mi zrobią i jak jakiś prentki nos o kierownicę rozbije to mu krew uzupełnią :D

      1. Tommy 26 listopada 2013 o 15:57

        Z góry dzięki jak coś ;*

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.