Ostatnio sporo myślałem o tym, dlaczego właściwie tak bardzo umiłowałem sobie starsze modele samochodów, zupełnie odrzucając wszystko co oferuje współczesna motoryzacja.

Możecie z góry pogrzebać wszelkie lotne idee – doszedłem do wniosku, że zwyczajnie powodem takiego stanu rzeczy są pieniądze.

Gdybym urodził się w którymś z pachnących piaskiem i ropą krajów, a mój ojciec nosił na głowie pampersa zapewne nie czytalibyście o remoncie osiemnastoletniego silnika do niskobudżetowego modelu forda, tylko o montażu gigantycznych turbosprężarek do jakiegoś nowego modelu maseratti.

Można założyć również, że ten blog nie nazywałby się wtedy „Prentki”, a w banerze zamiast kultowych samochodów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych pojawiał by się Rolls w różnych odcieniach złota

(tutaj pojawia się pytanie czy ktoś w ogóle zauważył fakt, że samochód w banerze co jakiś czas ulega zmianie :)

Pierwszy raz w życiu dotarło do mnie, że gdybym urodził się bogaty, moje życie byłoby wybitnie do dupy.
Pewnie pomyślicie, że przecież nikt nie kazałby mi kupować jakiegoś nowego modelu ferrari. W końcu  mógłbym wtedy kupić sobie stare bmw M3 z lat osiemdziesiątych i nie szczędzić petrodolarów na jego odbudowę.

Niestety jestem pewien, że gdybym urodził się i wychowywał w innym świecie nie byłbym z pewnością dziś tym samym człowiekiem, którym jestem.

Nie miałbym fioła na punkcie gaźnikowych, widlatych szóstek, a moim ulubionym daniem nie było by spaghetti z torebki. Nie lubiłbym kawałków Pavarottiego, a mój garaż przypominałby raczej galerię sztuki a nie magazyn z częściami w którym nikt poza mną nie da rady poruszać się nie powodując przy tym ogólniej rozpierduchy.

Stałbym się męskim odpowiednikiem Paris Hilton podniecającym się wizją wyprzedaży u Gucciego, a co tygodniowa wizyta w solarium byłaby dla mnie ważniejsza niż inauguracja sezonu GT2.

To przerażające.

Ostatnio w kinach pojawił się film o gościu, który po wzięciu jakiegoś dziwnego narkotyku stał się lepszą wersją siebie. Scenariusz nie należy w mojej ocenie do zbyt ambitnych, jednak sprawił, że zacząłem  zastanawiać się jak wyglądałaby lepsza wersja Tommy’ego.

Zapewne byłbym wyższy i lepiej zbudowany. Nie miałbym tylu zmarszczek, a nauczycielka matematyki na myśl o mnie nie miałaby już myśli samobójczych. Nie robiłbym takich fenomenalnych gaf (faux pas), nie przygniatałbym sobie co rusz rąk różnymi narzędziami, a mój pies nie lizałby się po jajkach przy gościach.

Doszedłem do wniosku, że lepsza wersja mnie musi być strasznym bucem.

Mam w cholerę wad. Doskonale wie o tym moja ładniejsza połówka, która wykazuje się nadludzką cierpliwością zbierając po mieszkaniu moje porozrzucane ciuchy, narzędzia i inne przedmioty niewiadomego pochodzenia. Jestem uparty, małomówny i mam talent do robienia głupich, nieprzemyślanych rzeczy.

Tak jakbyście widzieli siebie w poniedziałek, wcześnie rano, ale ten stan utrzymywał się non-stop.

Zalewanie kawy cukrem, czy wyjście z domu w marynarce i bokserkach nie wydaje się być czymś szczególnie dziwnym. Dorzućcie do tego kupno niepotrzebnego nikomu czerwonego kabrioletu, czy dwudniowe knucie jak przymocować alufelgi do ściany, żeby wyglądały jak obwarzanki. Jeśli zaczniecie się poważnie zastanawiać czy alufelga BBS wywodzi się od pączka to będziecie w tym punkcie co ja.

Boże, bycie idiotą jest naprawdę fajne.

Nie musicie się przejmować opinią innych osób, a podejmowane przez Was decyzje są nastawione na sprawienie Wam radości. Jeśli chcecie postawić silnik w salonie koło kominka, bo lubicie na niego patrzeć to po prostu to zróbcie. I miejcie głęboko w dupie, że ktoś na jego widok puknie się w głowę, albo stwierdzi że to niepotrzebnie wyrzucone pieniądze.

Jeśli po ciężkim dniu usiądziecie wieczorem na kanapie i patrząc na ten silnik uśmiechniecie się mimowolnie, to jest to najbardziej zajebista inwestycja jakiej mogliście dokonać.

Ciesz się tym co masz, a nie tym co możesz mieć.
I zrób czasem coś głupiego – to naprawdę cholernie poprawia nastrój.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.