fbpx
Prentki Blog Motoryzacyjny - "Wlajasz Włajaż" - Prentki Blog Motoryzacyjny
644
post-template-default,single,single-post,postid-644,single-format-standard,no_animation

„Wlajasz Włajaż”

Mamy już połowę stycznia więc jak co roku miliony Polaków lada moment chwycą za katalogi biur podróży i zaczną przeglądać oferty setek egzotycznych miejsc pełnych palm, słońca i opalonych kucharzy w białych czapkach, którzy uśmiechając się z ulotek kroją ananasa nożem do steków. Będą porównywać hotele, lokalne atrakcje, ceny i tysiące innych czynników aby wybrać idealne dla siebie wczasy.

A potem pojadą do Egiptu.

Zastanawiałem się ostatnio jakie miejsca chciałbym jeszcze w życiu odwiedzić. Egzotyczne wojaże do Waszych wymarzonych, najbardziej zadziwiających miejsc – musicie przyznać, że gdybyście teraz wrócili do podstawówki i dostali taki temat wypracowania to przez najbliższe kilka godzin rozpływalibyście się jak tabliczka czekolady w leżaku na jednej z plaż Indonezji.

Cmokając i ochając zastanawialibyście się co byłoby fajniejsze – wypełnione lazurowymi barwami Malediwy? Rozbujane w rytmach hula Hawaje? A może przesiąknięta tradycją i kwiatami wiśni Japonia? Albo barwne i pachnące ostrymi przyprawami Indie…

Widzicie – dla większości ludzi takie rozważania byłyby czystą przyjemnością. Odskocznią od szarej,  chodnikowej aury pełnej chłodu, deszczu, śniegu i psich kup wyglądających z zasp niczym brązowe przebiśniegi. Dla mnie – niestety nie. I zaraz wytłumaczę Wam dlaczego.

Od czasu kiedy w telewizji pojawił się kanał Discovery świat stał się zdecydowanie mniejszy. Miejsca, które do tej pory uchodziły za niesamowite i odległe jak rozmyślania o wypłacie pod koniec miesiąca stały się nagle nudne i oklepane.

Kiedy byłem mniejszy z oczami jak świeczki siedziałem przed telewizorem na dywanie i słuchałem hipnotyzującego głosu Krystyny Czubówny, która opowiadała o tym jak jedna małpa wącha tyłek drugiej.

Przypominało to trochę siedzenie przy kominku, w którym strzelały bukowe drwa i wysłuchiwanie bajkowych historii dziadka malującego z fajką w dłoni fantastyczne krainy i odległe lądy pełne niesamowitych przygód. Opowieść dziadka o tym jak w siedemdziesiątym dziewiątym zapuścił się samotnie w dziewicze rejony Sosnowca przypominały opowieści o światach znanych z Władcy Pierścieni czy podróży do Narnii.

A teraz Bear Grylls pokazał nam już chyba każde istniejące zadupie, gość z kamerą nakręcił Arktykę, Mount Everest, a nawet wioskę Czukczów. Robicie „pstryk” pilotem trzymając drugą rękę w paczce z chipsami i po sekundzie, wciąż siedząc na swojej wypierdzianej kanapie bierzecie udział w ekspedycji badającej dno morza. „Fantastyczny, niedostępny dotąd dla człowieka obszar ziemi – dzięki naszym kamerom ludzkość może oglądać go po raz pierwszy”. Innymi słowy wraz ze swoją kanapą jesteście tam, gdzie ciśnienie jest ogromne jak w silniku zachwalanego na allegro bezwypadkowego Passata „po dziadku” i nie wymaga to od was nawet założenia kąpielówek.

Niesamowite.
I przerażające za razem.

To wrażenie potęguje fakt, że niezależnie od tego czy jesteście pobliżu Piramid, w kanionie gdzieś w USA czy w lodowej jaskini na Syberii to wszędzie tam możecie kupić wyprodukowane w Chinach ciupagi z napisem „Mrągowo”.

Świat skurczył się jak spodenki treningowe, w które jeszcze trzy lata temu spadały Wam z tyłka. To trochę demotywujące bo doszedłem do wniosku, że pomimo iż jestem dwudziestoparoletnim chłopakiem, który szczyci się tym, że zamontował do samochodu koła to świat nie stanowi już dla mnie wyzwania. Tybet i wspaniałe świątynie zamieszkiwane przez mnichów, które w dzieciństwie oglądałem w czasopismach podkradanych mamie z nocnego stolika nie wydają się już dla mnie czymś odległym i majestatycznym.

Widziałem je w zeszłym tygodniu w HD.

Podobnie jak delfiny, lodowe jaskinie i gościa, który zbierał złom do furgonetki.

Świat mi się znudził i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma tutaj miejsca dla mnie.

Ale spokojnie – nie oznacza to, że mam zamiar zjeść cztery paczki tabletek na przeczyszczenie, a potem wykąpać się z elektrycznym grzejnikiem. Nie zamierzam również kupić Word of Warcraft, albo zapuścić brody, przytyć czterdziestu kilo, a potem w zielonych getrach i pelerynie zrobionej z szyszek mających stanowić strój elfa biegać po lesie z bandą idiotów myślących, że to przeniesie ich do świata fantasy.

Nie.

Ostatnio jednak coraz częściej spoglądam w niebo. W sumie to nigdy nie chciałem zostać kosmonautą, ale coraz bardziej ciągnie mnie w tę czarną, nieprzeniknioną otchłań pełną latających kawałków złomu. Pamiętam jak kiedyś, gdy byłem mały w moje ręce trafił komiks z Kaczorem Donaldem, który opowiadał o wyprawie do odległych galaktyk na pokładzie statku kosmicznego przypominającego okręt Krzysztofa Kolumba.

Tak cholernie zapadło mi to w pamięć, że nawet dziś mam przed oczami Sknerusa Mc Kwacza stojącego przed drzwiami do swojego skarbca znajdującego się w innej, alternatywnej rzeczywistości – gdzieś w odległej galaktyce.

Ja też tak chcę!

Problem polega na tym, że aby zostać drugim Gagarinem trzeba urodzić się z doskonałymi warunkami fizycznymi, a potem zamiast napierdalać się z kolegami patykami w osiedlowym lasku uczyć się, przestrzegać diety i trenować… A potem biorąc pod uwagę możliwości technologiczne w najlepszym wypadku można liczyć na wyprawę na Marsa – czyli kosmiczny odpowiednik ziemskiej wyprawy do żabki na rogu.

Niedawno NASA szukała ochotników do kosmicznego eksperymentu polegającego na leżeniu w łóżku przez 2 miesiące i graniu na konsoli  – płacili za to siedemnaście tysięcy dolarów. Muszę przyznać, że byłbym gotów na takie poświęcenie (dla dobra nauki oczywiście) ale to i tak w żadnym stopniu nie przybliży mnie do spełnienia moich marzeń o międzygalaktycznych podróżach.

Problem w tym, że przy obecnym tempie postępu zanim zbudujemy Hondę potrafiącą dojechać do najbliższej Drodze Mlecznej galaktyki ziemia zamieni się w coś przypominającego spalonego ziemniaka i wyparuje.

A zatem nawet jeśli dziś zacznę jeść same owoce, przestanę pić piwo i zacznę ćwiczyć, a do tego spełnią się przewidywania gościa, który uważa, że za parę lat będziemy wymieniać sobie serca i nogi na nowe w przydrożnych serwisach (to też widziałem na Discovery!) to i tak nie doczekam chwili kiedy w nawigację będę mógł wpisać sobie „Melmac”.

Musicie przyznać, że to dołujące prawda?

Na szczęście mój nieco nieudolny umysł, w przeciwieństwie do technologii nie jest ograniczony i może podróżować zdecydowanie dalej niż prom Discovery. A zatem mogę marzyć, rozmyślać i tworzyć.

Daleko poza granicami wszechświata…


Dodaj komentarz:

Chrupki sponsoruje:

Archiwum wpisów

#postępyRobię bezpieczeństwo blog bmw cabrio czas wolny e36 escort facet felgi felieton fotorelacja garaż hobby jazda kobieta konkurs lakierowanie maluch marzenia motoryzacja mężczyzna naprawa odbudowa pasja poradnik prentki przepisy radość remont samochody samochód silnik test trening tuning wybór zabawa zdjęcia życie