Tak naprawdę w całym tym Wielko-Orkiestrowym spektaklu chodzi przede wszystkim o to, żeby zebrać trochę pieniędzy na sprzęt, który nie trafi bynajmniej do jakiegoś wyimaginowanego szpitala w Leśnej Górze.

WOŚP to tak naprawdę my wszyscy. To wielka, ogólnopolska ściepa na nowy respirator dla maluchów z szpitala w moim mieście i pompę insulinową dla córki Twojego sąsiada.

To nie są składki zdrowotne, które trafią do kieszeni ludzi noszących krawaty i ich zatrudnionych na etacie rodzin. A potem pozostałe ochłapy być może pojawią się w kasie szpitala, któremu ledwie starczą one na kupno dwóch prześcieradeł i płynu do mycia podłóg.

WOŚP To realna pomoc, którą pomacać może każdy z nas.

W samym Bielsku-Białej praktycznie w każdym szpitalu da się zobaczyć sprzęt z „wośpowym” serduszkiem. To budujące bo mam świadomość, że również dzięki mnie skorzystało z niego wielu ludzi. A dzięki Wam, któregoś dnia być może skorzysta z niego też moje dziecko albo ja.

Dlatego nie mam oporów przed wrzuceniem w puszkę paru banknotów i zrobienia z mojego samochodu mobilnej galerii sztuki (z reguły abstrakcyjnej jeśli chodzi i ścisłość).

W tym roku na zaproszenie Pani Burmistrz wspólnie z przyjaciółmi z Klubu BMW wybraliśmy się do Skoczowa żeby zrobić tam trochę pozytywnego zamieszania i pomóc w zapełnieniu puszek wolontariuszy Wielkiej Orkiestry. Całość zaczęła w Bielsku-Białej gdzie zebraliśmy się aby wspólnie ruszyć drogą S1 w kierunku Skoczowa. O godzinie 9:00 obok słynącej z aromatycznej benzyny i aksamitnie pomarańczowego szlabanu stacji paliw Tesco zebrało się kilkanaście różnego rodzaju beemek – od kabrioletów, poprzez kilka touringów i coupe, aż po ogromne rządowe „siódemki”.

Oczywiście nie obyło się bez opóźnień – jako, że kolega Kanar obudził się o godzinę za późno (jak wieść niesie do późna oglądał niezwykle wciągający film przyrodniczy niemieckiej produkcji) musieliśmy czekać na niego w przenikliwym mrozie i szalejącej śnieżycy.

Bo widzicie – chodzi o to, że Kanar jest taksówkarzem.

A to oznacza, że z powodu wypracowanych latami nawyków do Skoczowa pojechałby przez Białystok.

A potem wystawiłby sobie taki rachunek za kurs, że nie zostałoby mu nic co mógłby wrzucić do puszki.

Czekaliśmy więc na niego i choć później przez kolejne pół godziny musieliśmy odkuwać łopatą nasze przymarznięte do asfaltu dziewczyny, jakimś cudem udało nam się dotrzeć do Skoczowa na czas.

I tutaj bardzo chciałbym podziękować koledze Ryśkowi (vel „Wąski”) za ciepłe przyjęcie nas w budynku miejscowej Straży Pożarnej. Rysiek, jego koledzy oraz oczywiście koleżanki (wyglądające wyjątkowo uroczo w tych swoich fikuśnych, strażackich spodniach) zapewnili nam ciepłe napoje, ciasta oraz ogrzewane pomieszczenie, w którym mogliśmy ustawić zamarznięte dziewczyny żeby spokojnie wróciły im funkcje życiowe.

To godne podziwu, bo po tym jak w ubiegłym roku próbowaliśmy uprowadzić wóz strażacki i zbiornik z gorącą herbatą, spodziewałem się, że co najwyżej wpuści nas on na ogrodzony plac za strażnicą i będzie rzucał nam z okna obwarzanki.

Warto też wspomnieć, że międzyczasie wybraliśmy się na myjnię samoobsługową, gdyż po przejeździe dwupasmówką nasze beemki wyglądały jakby razem z Krzyśkiem Hołowczycem dopiero co wróciły z trasy rajdu Dakar. Udało się jednak jakoś ogarnąć ten burdel i w chwilę później korowód błyszczących i pachnących hydrowoskiem beemek ruszył przez miasto pod eskortą kilku wyjątkowo powolnych wozów strażackich.

Oczywiście narobiliśmy przy tym więcej hałasu niż strażackie syreny (oraz złamaliśmy chyba wszystkie znane ludzkości przepisy ruchu drogowego) jednak dwójce dzieciaków które wspólnie z Tadeuszem zakradły się na tylną kanapę mojego coupe najwyraźniej specjalnie to nie przeszkadzało.

Po mniej więcej czterech miesiącach obracania się wokół własnej osi udało nam się w końcu dotrzeć na główny rynek gdzie w chwilę później rozpoczęło się malowanie i obklejanie dwóch klubowych beemek.

Dzieciaki miały świetną rozrywkę, a ja zapewnioną nietykalność za przelatywanie przez miasto jednym wielkim poślizgiem (no bo kto miałby serce wlepić mandat takiej multikolorowej radości, prawda?). Zużyliśmy sporo farby i czerwonych serduszek, ale ostateczny efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania.

Salvador Dali to przy skoczowskich dzieciakach ciepła klucha.

A zatem moje BMW zostało mobilną reklamą nowojorskiej galerii sztuki, a tymczasem Gregor robił co w jego mocy aby dziewczyny na tylnej szybie czarnej e30 zostawiały nie tylko namalowane serduszka i uśmiechy, ale też swoje numery telefonów. Udało nam się również zlicytować sporo różnego rodzaju gadżetów przekazanych nam przez BMW M-CARS z Krakowa – dzięki! (sam wylicytowałem sobie kubek albo dwa).

Z tego co słyszałem licytacja kilkunastu gadżetów zamknęła się kwotą ponad 1300 zł więc naprawdę było dobrze!

Warto też wspomnieć o pokazie ratownictwa zorganizowanym przez strażaków – co prawda nie pozwolono nam niczego wysadzić, podpalić ani pociąć ale i tak było sporo dymu i akcji (sam Tarantino by się nie powstydził). Poza tym można było załapać się na przejażdżkę w strażackim podnośniku (z relacji świadków wynika, że na górze było minus milion stopni, a na horyzoncie widać było Sosnowiec), a dzieciaki chętnie korzystały z sań lodowych, którymi niezmordowani strażacy wozili je dookoła rynku.

Po godzinie 14:00, kiedy już wszystkie dzieciaki zdążyły ubabrać się farbą wybraliśmy się z kolei na niewielki plac przy pływalni Delfin żeby poślizgać się trochę i przewieźć na prawym fotelu trochę społeczeństwa. W zapowiedziach media określiły to co prawda jako „Drift” ale tak naprawdę miało to z driftem równie dużo wspólnego co świniobicie z polowaniem.

Ponieważ plac skuwała kilkucentymetrowa warstwa lodu, a do tego miał on powierzchnię pół metra kwadratowego, cała zabawa ograniczała się po prostu do bardziej bądź mniej widowiskowego generowania hałasu i okazjonalnych zamieci śnieżnych.

Po kilku przejazdach zniknęła już nawet wierzchnia warstwa luźnego śniegu co sprawiło, że wspólnie z chłopakami stworzyliśmy własną interpretację show „gwiazdy tańczą na lodzie”. Sił próbowało nawet czteronapędowe Subaru Impreza, ale ostatecznie i ono musiało uznać wyższość śliskiej nawierzchni (co nie zmienia faktu, że szarżowali chłopaki naprawdę dzielnie).

Trochę niestety zasmuciło mnie podejście paru osób, które zachowywały się jakby ich 5 złotych wrzucone do puszki było nie tyle darem dla Orkiestry, co zapłatą za zaplanowany występ (owy zapowiadany szumnie „drift”). To smutne, bo wszyscy spinali poślady, żeby w Skoczowie coś się działo, a tymczasem paru znawców motorsportu, którzy przyjechali na miejsce swoimi Golfami i Astrami oburzyło się wielce, że nikt nie pokonuje 10-cio metrowego placu z prędkością 150 kilometrów na godzinę niczym Ken Block.

Szkoda.

To taki mały kawałek gówna na wielkim, kolorowym torcie.

Niby drobiazg, ale jednak psuje cały smak.

Chciałbym także uczcić minutą ciszy moją moją pompę wody, która w wyniku nieustającej walki o przyczepność i uśmiechy widzów dokonała swego żywota. Obecnie w niezwykle realistyczny sposób imituje ona dźwięk nacierającego radzieckiego czołgu – niech spoczywa w pokoju.

(Visited 1 times, 1 visits today)

9 Komentarzy

  1. Szczypior 15 stycznia 2013 o 07:40

    A nam się tylko mordy coraz bardziej cieszyły w sztabie, kiedy do uzbieranej kwoty dochodziły kolejne tysiące :) Trzeba tym kręcić, bo jak nie my, to kto…

  2. maxx304 15 stycznia 2013 o 11:33

    A cóż to za nadobna niewiasta na zdjęciu? (4 od dołu)

    1. Tommy 15 stycznia 2013 o 11:34

      Urocza pilotka naszego nadwornego driftera Plexa :]

  3. rico 15 stycznia 2013 o 16:28

    piłowanie starej bejcy na śniegu to nie jest drift, więc nazywanie bandy wieśniaków, którzy myślą że są fajni, drifterami jest nie na miejscu

  4. Radek 15 stycznia 2013 o 20:35

    Rico.. a nawet gdyby „driftowali” przednią ośką czy rowerem to liczy się to żeby POMAGAĆ.W czym Ci przeszkadza driftowanie na śniegu ? Jakoś to trzeba było nazwać, poza tym czy się ślizgasz na suchym mokrym czy śniegu drift pozostanie driftem, kontrolowanym poślizgiem.

  5. Toldi 15 stycznia 2013 o 22:43

    Toś rico pojechał po bandzie, ojojoj :D Razem z moimi kolegami (jak to Tommy opisuje) fanami ręcznej broni drzewcowej już jedziemy wytłumaczyć Ci jaki był cel tej imprezy :D

  6. zibi54 20 stycznia 2013 o 23:01

    I jak zwykle gówno na torcie.

  7. Waldek 26 stycznia 2013 o 09:35

    To mi się podoba, u mnie w Łodzi też w tej formie były zorganizowane pokazy – ale właściciel czarnej BMK-i był mega serduszkowym kolekcjonerem :)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.