Prentki Blog Motoryzacyjny - Shell – jak wygląda współpraca ze Scuderia Ferrari?
7512
post-template-default,single,single-post,postid-7512,single-format-standard,no_animation

Shell – jak wygląda współpraca ze Scuderia Ferrari?

Jak wiecie od jakiegoś czasu testuję w moim 328i olej, który dostałem od Shella. Jeżdżę sobie na nim, wymieniam filtry, spisuję swoje odczucia, a w między czasie trochę się w tematyce smarowania silnika dokształcam – tak, żebym wiedział o co w tym wszystkim chodzi i rozumiał o czym właściwie rozmawia do mnie czasami Radosuaf.

Jeśli jednak nie należycie do grupy osób, która na forach motoryzacyjnych prowadzi dla rozrywki konwersacje przesycone różnej maści niezrozumiałymi akronimami, może to wydawać się Wam trochę nudne.

A nawet bardzo nudne.

No bo powiedzcie sami – co może być fajnego w tych wszystkich API, PAO, PZPN i innych Kręcinach?

Owszem, warto znać podstawy ale rozprawiać o właściwościach oleju silnikowego w kontekście motoryzacji to trochę tak jak gdyby pójść na pokaz damskiej bielizny i przez cały wieczór debatować o stanie wątroby modelek.

Istnieją przecież ciekawsze tematy do rozmów – nawet jeśli również dotyczą one oleju.

Poza tym cierpię na pewną poważną i nieuleczalną chorobę, która sprawia, że zasypiam za każdym razem kiedy zobaczę jakąkolwiek tabelę z liczbami. Serio. To dlatego nie jestem w stanie nauczyć się obsługi pralki – ta w mojej łazience ma na froncie taką prostokątną tabelkę z kilogramami, minutami i stopniami Celsjusza, dlatego za każdym razem kiedy chcę zrobić pranie, automatycznie tracę przytomność. Kiedy dochodzę do siebie jakieś cztery godziny później okazuje się, że leżę na podłodze ze strużką śliny ściekającą z kącika ust.

Wydaje mi się, że gdyby nie Iza to nadal leżałbym tam i wciąż miałbym na sobie te same brudne majtki co dwa lata temu.

Do czego jednak zmierzam – widzicie, ta naukowa, drętwa część związana z produkcją czy testowaniem parametrów oleju to nie wszystko. To nie jest laboratorium Dextera, gdzie wystarczy zmieszać ze sobą kilka kolorowych mikstur, a potem zobaczyć efekt pod mikroskopem i jeśli wszystko gra to przelewać od razu gotowy olej do czekających na taśmie butelek.

Po prostu nie da się ot tak skończyć studiów, zbudować laboratorium i z kupionych w żabce składników namieszać na szybko doskonałego oleju.

To wymaga doświadczenia, wiedzy i ogromnej ilości testów – dlatego właśnie nie ufam producentom, którzy robią swoje oleje od 3 lat i twierdzą przy tym, że już dawno przegonili koncerny, które robią to od wieków i zainwestowały w doskonalenie swoich produktów miliardy dolarów.

To tak nie działa.

Jak zatem sprawdzić, czy stworzony przez nas olej przeżyje nawet Grażynę haratającą codziennie na zimno jedynę na wyjeździe z podziemnego parkingu?

Proste – idźcie z nim do motorsportu. Tam nie brakuje świrów, którzy solidnie go dla Was przetestują.

I teraz tak – przyznam bez bicia, że zawsze myślałem, iż te wszystkie naklejki na wyścigówkach albo bolidach sugerujące, że dany zespół korzysta z takiego, a nie innego oleju czy paliwa to tak naprawdę jeden wielki pic na wodę i fotomontaż. Przyznajcie sami, że wątpliwe wydaje się, że jakiś kierowca rajdowy ciśnie pełną bombą 300 konnym WRC w 40 stopniowym upale mając w silniku ten sam olej, który Wy możecie kupić na pobliskiej stacji za dwie dychy.

A jednak, jak się okazuje jest w tym nieco prawdy.

Większość z Was kojarzy zapewne, że Shell od dłuższego już czasu współpracuje z teamem Ferrari (z przerwami od roku 1929 jeśli to kogoś to interesuje). A ponieważ obecnie mam w silniku taki, a nie inny olej, mam też niejako z automatu dostęp do materiałów i ludzi z Shella,  którzy siedzą w temacie od wielu, wielu lat. I co równie ważne – zwyczajnie wiedzą jak działa cała ta marketingowo-testowa machina, a nie tylko domyślają się tego w oparciu o informacje z kolorowych magazynów.

Dzięki temu mogę pogrzebać trochę w ich dokumentacji i opowiedzieć Wam o tym jak taka wyścigowa współpraca właściwie działa – tak od strony praktycznej.

ferrari

No bo tak – podejrzewam, że myślicie, iż taka współpraca ogranicza się do robienia co miesiąc przelewu na parę baniek w zamian za to, że ktoś w Ferrari nakleił na bolidach emblematy z charakterystyczną muszelką.

Okazuje się jednak, że to nie takie proste.

Nikt oczywiście nie będzie Wam wmawiał, że w bolidzie Raikkonena znajduje się Shell HX5 10w40 ze stacji na rogu bo to nie prawda, ale faktem jest, że za olej odpowiada tu Shell i co równie ważne – ten olej ma całkiem sporo wspólnego z tym, który być może wlewacie obecnie do swojego silnika.

Chodzi o to, że motorsport to poza potężnym narzędziem marketingowym także doskonały poligon doświadczalny. Pomyślcie sami – jeszcze w 2006 roku bolidy F1 rozkręcały się do ponad 20 000 obrotów na minutę. Stare V10 miały około 1000KM. Teraz, pomimo wprowadzenia ograniczeń wcale nie jest łatwiej bo turbosprężarka pracuje przez cały wyścig w temperaturze oscylującej nawet wokół 1000 stopni, a zgodnie z nowymi przepisami jeden silnik musi przetrwać minimum 4000 kilometrów.

A nie jest to przecież niskoobrotowy diesel prowadzony po autostradzie przez 60 letniego Szwajcara.

Przy zespole F1 Ferrari pracuje więc 50 osobowy zespół ekspertów technicznych Shella. Są to zarówno ludzie w laboratoriach jak i Ci pracujący bezpośrednio na torach czy w siedzibie teamu Scuderia Ferrari w Maranello.

Pomyślcie sami – potrzeba aż pięćdziesięciu osób, żeby zrobić olej i paliwo do dwóch samochodów. Z pozoru to mogłoby zawstydzić nawet polskie ekipy remontowe, w których na jedną osobę wymieniającą studzienkę przypada średnio 20 osób zajmujących się wyłącznie podpieraniem łopaty. W wypadku Ferrari i Shella każda z tych osób wykonuje jednak określone, cholernie istotne dla zespołu zadania – a to doskonale uświadamia dlaczego właściwie do startów w F1 potrzeba aż tak potężnych budżetów.

Widzicie, tu już nie chodzi tylko o to, żeby dany bolid dojechał do mety bez korbowodu wystającego z osłony silnika, bo w wypadku F1 poprzeczka już dawno została podniesiona znacznie wyżej. Dziś liczą się nawet normy emisji czy najdrobniejsze, powstające w silniku opory. Olej musi więc nie tylko zabezpieczać silnik podczas jazdy na limicie, ale też zabierać przy tym jak najmniej mocy, nie spalać się czy nawet obniżać spalanie tak, żeby Ferrari bez stresu zmieściło się w regulaminowych 100kg paliwa na jeden wyścig.

Chodzi o to, że nawet minimalne zejście z oporów w silniku przekłada się już na czasy – tutaj wszystko jest tak wyżyłowane, że gra idzie o setne sekundy na okrążenie.

Konkurencja również nie śpi – nie można opracować oleju, wyprodukować 40 beczek i zrobić sobie wolnego do kolejnego sezonu. Okazuje się, że olej może tu ugrać tu tak dużo, że Ferrari korzysta z wiedzy Shella już na etapie projektowania swoich jednostek.

ferrari-i-shell-partnerstwo-strategiczne

Widzicie, smarowanie silników wyczynowych osiągnęło już dziś taki level, że aż nie mieści się to w głowie, ale właśnie dzięki temu cała masa opracowanych na potrzeby sportu patentów i technologii trafia do olejów, które możecie znaleźć w pobliskim sklepie. Tak właśnie najwięksi producenci rozwijają swoje oleje – wychodzą poza granicę codziennej eksploatacji tam, gdzie wymagania są znacznie wyższe, a obostrzenia i przepisy – bardziej liberalne.

Shell wykorzystuje w tym wypadku możliwości jakie daje mu doświadczenie Ferrari w robieniu łutututu.

Z olejami do jednostek wyczynowych jest trochę tak jak z NASA i przenoszeniem ich innowacji do życia codziennego –  żeby rozwiązać powstające w ekstremalnych warunkach problemy, musisz szukać coraz to nowych, nieszablonowych rozwiązań i technologii.

Znajdujesz je więc, testujesz, poprawiasz błędy, doszlifujesz, i kiedy w końcu stają się sprawdzone i pewne (a ich produkcja nie wymaga już bazyliona dolarów i zarywania setek nocy przez ludzi w białych fartuchach) wdrażasz je do „normalnego” świata.

Bo taki właśnie jest główny cel tej całej zabawy z motorsportem.

Nie oszukujmy się – nikt nie wydawałby milionów dolarów na rozwój olejów do F1 gdyby nie wiązało się to z rozwojem olejów, które dany koncern sprzedaje. W końcu zdecydowana większość ludzi kupujących oleje silnikowe potrzebuje produktów do samochodów cywilnych, a nie bolidów Ferrari SF15-T.

Shell z jednej strony kombinuje więc jak zapewnić wyczynowym silnikom Ferrari konkurencyjność względem McLarena czy Red Bulla, a z drugiej w oparciu o zebrane w ten sposób dane i doświadczenia rozwija swoje „cywilne” oleje. Ferrari zaś nie boi się zalecać ich do swoich modeli drogowych. Wiem, że brzmi to jak typowy marketingowy biedaslogan bo prawie każdy producent oleju ma jakąś markę premium, z którą się lubi, ale spójrzcie na to w ten sposób – do nowego Enzo możecie bezpiecznie wlać olej kupiony w sklepie pod Siewierzem.

Idę zaharatać w F1 na xboxie.


22 Komentarze
  • radosuaf - Listopad 6, 2015

    Shell-propaganda alert! :)
    1. Nie znam dokładnie akurat współpracy Shella z F1 i w to nie wnikam, ale oleje w motorsporcie to głównie SPONSORING, Subaru latało na Lotosie a, umówmy się, nie jest to najlepszy olej świata. Po drugie, zdarza się, że na samochodach jest jedno logo, a w silniku inny olej :)
    2. Oleje „racing” mają zupełnie inne właściwości niż cywilne – bardzo dobre parametry, które jednak szybko spadają – i Sebix myśli, że jak zaleje olej „racing” do bety, to jej robi dobrze, no i owszem robi, ale taki olej najpóźniej po 5 tys. km trzeba zlać, a nie lecieć 30 tys., bo przecież dobry był, a BMW zaleca co 30 (tyle, że „long life”, a i tego bym nie zalecał).
    3. Oleje wyczynowe zawierają dużo np. ZDDP, które chroni silnik, ale średnio się lubi z katalizatorem. W wyścigówkach można go wywalić po jednym wyścigu, ale w swoim samochodzie chyba nie chciałbyś robić tego zbyt często?
    4. Plus jest taki, że faktycznie Shell testuje ten GTL w bolidach F1, a baza to grubo ponad 90% oleju :).

    • Tommy - Listopad 6, 2015

      Byłem pewien, że wyskoczysz znów z jakimś zakodowanym akronimem :D

      Nie wiem jak wygląda to w wypadku Lotosa i Subaru ale w wypadku WRC często robi się dedykowane mieszanki dopasowane pod konkretne silniki/warunki – to w sumie ciekawe bo dotąd spodziewałem się bardziej, że po prostu jest jakiś „wyczynowy” olej o danej lepkości, który wyjmuje z magazynu i wlewa w silnik.

      Tak samo jest w F1 – na każdym wyścigu teamy mają różne dziwne narzędzia, którymi monitoruje się parametry oleju i paliwa i w razie potrzeby na bieżąco wprowadza korekty – tak, żebyś na główny wyścig miał parametry silnika ogarnięte na tip-top.

      (GTL GTL-em ale w Shellu w tej kanciapce z wirówkami siedzi jakaś fajna blondyna – widziałem w tle na paru fotkach :v ). Wiesz – science :D

    • TQMM - Listopad 6, 2015

      A propos Lotosa i Subaru.

      1. Nie musiał być to ten sam olej, który znajdziesz w Tesco. Tak samo nie znajdziesz Shella „z bolidu” na stacji benzynowej.
      2. Lotos dostarcza też paliwo i to też/albo to zapewniali w ramach umowy sponsorskiej.

      • radosuaf - Listopad 6, 2015

        Nie twierdzę, że Lotos robi wujowe oleje. Natomiast na pewno na świecie znajdą się lepsze i tańsze – chociażby ze względu na dostęp do PAO czy estrów.

        • TQMM - Listopad 6, 2015

          A ja nie twierdziłem, że Ty tak twierdzisz :P

  • Paweł - Listopad 6, 2015

    Zapomniałeś dodać WPIS ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU.

    • Tommy - Listopad 6, 2015

      Wydaje mi się, że trudno nie mówić o Shellu i Ferrari we wpisie o Shellu i Ferrari ;)

  • Quattro - Listopad 6, 2015

    Niezły ten Shell – współpracować od 1929 roku z firmą założoną w 1947 :E

    • Tommy - Listopad 6, 2015

      Stajnia wyścigowa Scuderia Ferrari działa od 1929 ;)

      Od 1947 zaczęli robić pod marką Ferrari wozy cywilne dlatego tę datę uznaje się za „początek” marki. Wcześniej Ferrari budował tylko samochody wyścigowe.

      • Quattro - Listopad 6, 2015

        Masz rację – zaczął już od 1940 roku ;)

        • Tommy - Listopad 6, 2015

          Team wyścigowy działa od 1929 – najpierw Ferrari ścigał się zmodyfikowanymi Fiatami i Alfami, gdzieś w okolicach 1940 zbudował pierwszy wóz według własnego projektu.

          Tak czy inaczej masz u mnie dużego plusa za ten 1947 ;) Gdyby to ode mnie zależało, uczyli by takich dat w podstawówce :v

  • Mirek - Listopad 9, 2015

    Pitu pitu Tommy, pitu pitu a prawdziwych wyników brak. Shell jakijest każdy widzi, parafrazując, ale gdzie obiecane wrażenia i wyniki twojego bolidu po shellu?!
    Czyżby kolejny art o niczym?! :)
    Pójdę chyba do konkurencji, czyli na strone Lotosa, czy też innego Mobila, być może mają tam równie zdolnego PRowca i znajdę podobne arty… hmm? Tommy?

    • Tommy - Listopad 9, 2015

      Widzisz, niezależnie od tego jak to odebrałeś, chodzi mi o to, że w rajdach czy wyścigach ten wyścig zbrojeń odbywa się nawet na poziomie oleju – i nawet taka z pozoru pierdoła jak olej (no bo nie oszukujmy się – nie są to choćby wstrzelone idealnie w nawierzchnię i warunki opony) ma na tyle duży wpływ na wyniki, że faktycznie pcha się w to spore pieniądze, czas i wiedzę.

      Tu nie chodzi tylko o Shella bo w ten sam sposób działa też przecież Total, Castrol i inni duzi producenci. Shell akurat ciśnie w F1 i lubi się z Ferrari. Nie wiem niestety jakie priorytety mają inne koncerny bo do ich wiedzy dostępu nie mam – może są równie ciekawe, nie wiem. Zapytaj w Lotosie – może powiedzą Ci coś ciekawego.

      Chodziło mi o zwrócenie uwagi, że na pewnym poziomie sportu nie tylko płaci się za naklejki ale faktycznie rozwija się technologie – dla mnie to jest ciekawe (nie wiem, może jestem dziwny bo potrafię oglądać przez 4 godziny maraton „jak to jest zrobione” na discovery). .

      Co do testów – na tym oleju zrobiłem na razie jakieś 5k km. Mam co do niego kilka organoleptycznych spostrzeżeń ale żeby móc powiedzieć coś obiektywnie o jego jakości muszę nabić jeszcze sporo kilometrów i zrzucić ponownie pokrywę zaworów (tak jak wspominałem jakiś czas temu najpewniej zrobię to w grudniu choć spodziewam się, że i tak będzie to za wcześnie na jakieś wnioski).

      Dlatego też chcę przejeździć na nim jeszcze cały przyszły rok – bo dopiero po takim czasie spodziewam się jakichś wymiernych, możliwych do ocenienia efektów.

  • Mirek - Listopad 9, 2015

    Spoko, ale zwracam jedynie uwagę że art o niczym.

    • Tommy - Listopad 9, 2015

      Stary – a czy kiedykolwiek przeczytałeś u mnie coś mądrego ? ;)

  • Mirek - Listopad 9, 2015

    No fakt, ale skoro nadal czytam to jedyny wniosek jest taki, że sam „mondry” też nie jestem. ;)

  • Magnusoncars - Listopad 10, 2015

    Wiadomo, olej ważna rzecz, tak jak zresztą wszystkie płyny eksploatacyjne.

  • Wisznia - Marzec 28, 2017

    „Po prostu nie da się ot tak skończyć studiów, zbudować laboratorium i z kupionych w żabce składników namieszać na szybko doskonałego oleju.

    To wymaga doświadczenia, wiedzy i ogromnej ilości testów – dlatego właśnie nie ufam producentom, którzy robią swoje oleje od 3 lat i twierdzą przy tym, że już dawno przegonili koncerny, które robią to od wieków i zainwestowały w doskonalenie swoich produktów miliardy dolarów.

    To tak nie działa.”

    To tak działa.
    „Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż znajduje się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi.” – Albert Einstein

Dodaj komentarz:

Chrupki sponsoruje:

Prentki na instagramie:

Archiwum wpisów

#postępyRobię bezpieczeństwo blog bmw cabrio czas wolny e36 escort facet felgi felieton fotorelacja garaż hobby jazda kobieta konkurs lakierowanie maluch marzenia motoryzacja mężczyzna naprawa odbudowa pasja poradnik prentki przepisy radość remont samochody samochód silnik test trening tuning wybór zabawa zdjęcia życie