Prentki Blog Motoryzacyjny - Fiatem do Mordoru czyli parę słów o nowoczesnym podróżowaniu
2553
post-template-default,single,single-post,postid-2553,single-format-standard,no_animation

Fiatem do Mordoru czyli parę słów o nowoczesnym podróżowaniu

Chyba każdy kto oglądał Władcę Pierścieni zdaje sobie sprawę z tego o ile prostsze byłoby życie Frodo i Sama gdyby Gandalf zamiast kazać im tłuc się w tych zielonych sandałkach przez pół Nowej Zelandii po prostu wyczarował im jakąś terenową Toyotę z fotelikami dla dzieci i radiem CD.

Albo jeszcze lepiej – Fiata Siena.

Mogliby wtedy wjechać Sauronowi prosto w oko, albo też inny okrągły otwór (obserwując perypetie tej parki nie mogłem wyzbyć się takich podejrzeń), a ten nawet by się nie zorientował. Bo widzicie, chodzi o to, że taka Siena to samochodowy odpowiednik beżowych papuci na gumkę.

Benzynowa pidżama z froty.

Coś, obok czego człowiek może przechodzić setki tysięcy razy i nawet tego nie zauważyć.

Tym wozem można by zrobić napad na bank, po którym nie trzeba by nawet uciekać. Wystarczyłoby postawić wóz pod bankiem, wybiec z kasą w torbach, wsiąść do niego i zostać tam do chwili kiedy policjanci zajęci przeganianiem kamerzystów TVN pozwijałaby te swoje kolorowe taśmy i przenieśli się do pobliskiej budki z kurczakami na lunch. To auto jest tak bardzo niewidzialne, że nawet psy policyjne nie dałyby sobie rady.

Poza tym czy ktoś z Was widział kiedykolwiek gangstera w Fiacie Siena?

Albo jeszcze lepiej – kiedy ostatnio widzieliście na ulicy jakiegoś Fiata Siena w ogóle?

No właśnie.

A zapewniam Was, że Siena tam jest.

I tańczy.

Bo ma wybite końcówki i brak zbieżności.

Wracając jednak do samego podróżowania – nie da się ukryć, że samochód pod tym względem po prostu zrewolucjonizował świat.

Pomyślcie, że jeszcze początkiem XX wieku by dostać się ze Stanów Zjednoczonych na nasz stary, dobry kontynent trzeba było być na tyle szalonym by zapakować swój tyłek na drewnianą krypę o nazwie „Savannah”, a potem przez 30 dni żyć w strachu i obgryzać paznokcie w nadziei, że ta łajba nie zatonie podczas sztormu albo też spłonie na popiół w wyniku jakiegoś przypadkowego pożaru.

A o ten nie było wcale trudno, gdyż Savannah, będąca pierwszym transatlantykiem z prawdziwego zdarzenia oprócz rozciągniętych na kiju gatek drugiego kapitana używała jako napędu pokaźnych rozmiarów silnika parowego.

Jakież to romantyczne, prawda?

Pewnie wyobrażacie sobie w tej chwili piękny żaglowiec z bocznym kołem, prujący fale i wypuszczający z komina słup śnieżnobiałej pary… Ubrane w wystawne suknie damy z bogato zdobionymi parasolkami w dłoniach spacerujące po górnym pokładzie i jegomości we frakach opartych nonszalancko o dębowe balustrady. Klasyczną muzykę, donośne śmiechy, chichot rozbawionych kobiet oraz widok kelnerów w białych marynarkach przemykających tu i ówdzie ze srebrnymi tacami w dłoni.

Niestety jednak, aby wytworzyć wystarczająco dużo pary zdolnej popchnąć to pływające Monte Carlo w stronę Europy, trzeba było spalić cholernie dużo węgla.

Tak dużo, że aby starczyło go na przepłynięcie całego Atlantyku trzeba było upierdzielić nieco z metrażu dla gości i zorganizować tam sporych rozmiarów ładownię. Jednak to nie brak miejsca był największą niedogodnością.

Wyobraźcie sobie jazdę na deskorolce przywiązanej metrową liną do tylnego zderzaka zajechanego Volkswagena LT próbującego wyjechać pod cholernie stromą górę.

Wyobraźcie sobie tę sadzę zgrzytającą w zębach i kłęby czarnego, gryzącego dymu otaczające Was z każdej strony.

Fruwające tu i ówdzie niedopalone kawałki żarzącego się paliwa.

To już nie jest tak romantyczne, prawda?

A tak właśnie wyglądały pierwsze wyprawy na drugi koniec tego globalnego jeziora.

Co prawda Atlantyk może i nie jest najlepszym przykładem dla przedstawiania zalet czegoś wyposażonego w opony ale podróżowanie przed wynalezieniem samochodu również było naprawdę sporym wyzwaniem. Pomyślcie, że jeżdżąc konno, w ciągu doby (przy dobrych wiatrach) człowiek był w stanie przebyć jakieś 70 do 100 kilometrów (oczywiście dało się pokonać większy dystans, ale istniało ryzyko, że przez pozostałą część trasy to jeździec będzie musiał nieść konia na barana niczym skończony osioł.)

Tymczasem znam ludzi, którzy obecnie 70 kilometrów pokonują w drodze do pracy. Codziennie.

Dłubiąc w tym czasie w nosie, przyklejając gluty do spodu fotela i podśpiewując sobie kawałki grupy Maroon 5.

Co więcej – jeśli kiedyś zapragnęliście wybrać się z Bielska-Białej do Rzymu, na sam dojazd musielibyście zarezerwować sobie dwa tygodnie urlopu. Na cały wypad trzeba by więc zorganizować całkiem pokaźne L4, a na dokładkę zabrać ze sobą naprawdę spory zapas kanapek z mielonym i jajkiem oraz knoppersów. Co nawiasem mówiąc jeszcze bardziej spowolniłoby Wasze parzystokopytne Koniorarri GMO.

A teraz? Wystarczy wsadzić swój tyłek w klimatyzowanego Opla Astra, opłacić winietę i (o ile po drodze nie aresztują Was uwielbiający Polaków Austriacy), to pod koloseum znajdziecie się już po około trzynastu godzinach.

13 godzin.

Gdyby parę wieków temu Rzymianie mieli takie możliwości jak my dziś, zniewieściałe nastolatki z okolicy zamiast rurek nosiłyby obcisłe tuniki. I umieszczali zdjęcia na Fejsbukusie. Za pomocą Ajfonixa.

Samochód to naprawdę znacznie więcej niż cztery kółka i kierownica.

Jeśli tylko jesteś wystarczająco szalony to możesz dzięki niemu jeść jutro obiad w restauracji Dominique Bouchet przy Polach Elizejskich. Albo podziwiać zachód słońca w Kornwalii.

Albo po prostu wyskoczyć na chwilę za miasto tylko po to, żeby rzucić szyszką w jakiegoś przypadkowo spotkanego zająca.

Cztery koła.

Miliony możliwości.


7 Komentarze
  • banita - Wrzesień 27, 2013

    brzmi jak jakas reklama nowego nissana

     

    Cztery koła.

    Miliony możliwości…

    • Tommy - Wrzesień 30, 2013

      Właśnie odkryłem moje powołanie

       

  • Leniwiec Gniewomir - Wrzesień 27, 2013

    Ależ się pod tym podpisuję. Czterokończynowo.

    • Beddie - Wrzesień 27, 2013

      Widzę, że wszyscy krążymy po tych samych stronach :D

      • Leniwiec Gniewomir - Wrzesień 27, 2013

        Na to wygląda :-) Ale do Ciebie to chyba jeszcze nie właziłem. Zaraz nadrobię.

        • Beddie - Wrzesień 28, 2013

          U mnie się głowno dzieje, strona jest efektem ubocznym działalności live i fjesbąkowej ;)

  • Hopman - Listopad 1, 2013

    Fiatem Sieną Frodo miałby jeżdzić po górach hehe. Oczyma wyobraźni zobaczyłem ten motyw.

Dodaj komentarz:

Chrupki sponsoruje:

Prentki na instagramie:

Archiwum wpisów

#postępyRobię bezpieczeństwo blog bmw cabrio czas wolny e36 escort facet felgi felieton fotorelacja garaż hobby jazda kobieta konkurs lakierowanie maluch marzenia motoryzacja mężczyzna naprawa odbudowa pasja poradnik prentki przepisy radość remont samochody samochód silnik test trening tuning wybór zabawa zdjęcia życie